czwartek, 7 maja 2015

Krucze Skrzydła I

Nagłówek dzięki uprzejmości dziewczyn z blogów: 
http://dirty-breath.blogspot.com/
http://just-a-great-romantic-shit.blogspot.be/

            Uśmiechnął się po raz kolejny do Amandy i spojrzał na swój kolorowy strój. Jak łatwo było zmienić zwykłego żebraka w kogoś, kto stal wyżej na drabinie społecznej tego parszywego świata. Co jak co, jednak szmaty tak brzydko pachniały – co prawda nie tak jak on, ostatnimi czasy nie był bowiem za pan brat z jakimkolwiek jeziorem – że z trudem opanowywał odruch wymiotny, a przeżył przecież w swoim krótkim życiu wiele, czasami nawet myślał, że zbyt wiele.
            Dumna ze swojego nowego łupu, dziewczyna podśpiewywała pijąc ohydne, rozwodnione piwo, które karczmarz zaproponował im z dobroci serca, żeby pokrzepili się przed występem. Dla niego to była dobra okazja by ściągnąć więcej klienteli do szynku, dla nich – nieprzyjemna tortura, chociaż Amanda wydawało się, że coraz świetniej się bawi. Skrzywił się, wiedząc że to on później będzie nosił dziewczynę, kiedy ta będzie zachowywał się jak worek ziemniaków.
            Nic jednak w życiu nie przychodziło samo – trzeba było nie lada się postarać o chociażby bochen chleba, najczęściej już przegnitego i pieruńsko twardego – toteż zarabiał na życie jak mógł. Inni mogli to uważać za kuglarskie sztuczni, jednak z rozdziawionymi gębami, ze śliną pomieszaną z kwaśnym piwem ściekającą z podbródka zafascynowali wpatrywali się w dziwy jakie wyprawiał; niektórzy pewnie wołali o pomstę do nieba i Najświętszej Panienki, że pomiot czarci, że po księdza proboszcza trzeba gonić, by złe demony wypędzić. Wszyscy jednak przychodzili dla jednego – posłuchać szaleńca, który twierdził, że jest magikiem, widzącym duchy i przepowiadającym przeszłość; o klątwach nie było po powspominać, to zawsze budziło dezaprobatę wśród gawiedzi. Drugi powód był jeszcze bardziej prozaiczny od nudy zwykłego narodu – odpoczynek po ciężkim dniu pracy, albo próba zminimalizowania kaca, nawet tak paskudnym trunkiem jakie tutaj posiadali.
            Jedna karczma na całą sporą wieś, to nic dziwnego że alkohol najgorszego gatunku. Zaglądnął niepewnie do swojego kufla i mało brakowało, ażeby splunął do mętnej cieczy, gdzie mógł zobaczyć doskonale dno. To chyba jego najgorszy postój w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
            Puścił zawadiackie oczko służce, która zarumieniona wpadła do kuchni i zabrała się do mieszania w ogromnym garze, z którego unosił się niezbyt ciekawy zapach.
            - To potrawka z królika – zapewniał jakiś czas temu gospodarz, ocierając ręce w zakrwawiony i tłusty fartuch, strzelając na wszystkie oczy swoimi świńskimi oczyma. Podejrzewał jednak, że więcej w gęstej breji było szczurów i wychudzonym, pałętających się kotów, niż wspomnianych królików. Czasy były przecież ciężkie i nikt wybrzydzał, kiedy podawano mu coś ciepłego. Zaciskamy nos, oczy i chochla w dłoń!
            Dzieweczka zachichotała i puściła mu rozmarzone spojrzenie, kiedy napinał się w swoim kolorowym wdzianku. Już wiedział, gdzie spędzi noc. To znaczy wiedział, że w stajni. Jednak do towarzystwa wesz i szczurów dodał pulchne – trochę zbyt pulchne – ciało młodej dziewczyny.
            - Amanda! – warknął do dziewczyny, która niebezpiecznie pochylała się nad śmierdzącym kuflem. Dobrym w ich znajomości było to, że dziewczyna nie rościła sobie do jego osoby żadnych praw – chociaż spędzili kilka upojnych, szybkich nocy aby się nawzajem ogrzać – i do tego miała słaba głowę. Nie musiał chociaż wydawać na nią aż tyle zarobionych w pocie czoła pieniędzy, dziewczynie wystarczały dwa porządne kufle i robiła się wesolutka. Albo tak jak teraz, smętnie pochylała się nad piwem wspominając pewnie lepsze czasy. On już przestał, nie było to warte zachodu wspominać kim się było kiedyś.
            - Szanowny panie – z nieco przesadną uprzejmością odezwał się karczmarz. Wyczuwał w jego łosie lekkie poirytowanie i wściekłość, kiedy obłapiał wzrokiem jego pracownicę. Pewnie sam miał na nią chętkę, stary szubrawiec!
            - Przygotowuję się – powiedział cichym głosem Sehun, udając że rzeczywiście to robi.
            Najważniejsze w tym zawodzie, to odpowiednie podejście i zaprezentowanie się. Był magikiem, osławionym na całym świecie – według reklam Amandy – czarnoksiężnikiem, który obedrze zwykłych ludzi z ich strachów, pozwoli na rozmowę z duchami. W myślach przewracał oczyma, nie dał jednak po sobie poznać znudzenia całą tą szopką. Gdyby to rzeczywiście odbywało się tak, jak pokazywał wszystkim ludziom.
            Nie był wyłącznie oszustem. Potrafił rozmawiać z bytami niewidzialnymi, kontaktował się z zaświatami czy cokolwiek to było. Czasami udało mu się podnieść jakiś przedmiot. To jednak nic nie przypominało jakiegoś transu, w jakim nagle się znajdował. Nie potrzebowało uroczystej ciszy i skoncentrowania. To wszystko przychodziło samo. Jednak ku uciesze tępej gawiedzi, robił ze swoich „mocy” barwne widowisko, za które mu płacili – w końcu trzeba za coś żyć, prawda?
            Zmarszczył brwi i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w karczmarza, potęgując tym razem jego strach. Każdy się nabierał na to poważne, rozmyte spojrzenie, dosłownie każdy.
            - Jestem gotowy, wszystko już czuję… i widzę – dodał złowrogim tonem, teraz zimno wpatrując się w karczmarza. Ten wzdrygnął się i pochylił się głęboko, niemal zamiatając czapką zabłoconą podłogę.
            Spokojnym, dystyngowanym krokiem – dodając sobie jeszcze więcej majestatyczności – podszedł do gospodarza i spojrzał na niego wszystkowidzącymi oczyma.
            - Nie powinieneś karmić ludzi tym szlamem – powiedział cicho, wskazując na parującą maź. Gruby mężczyzna drgnął – I zabawianie się z młodymi dziewczętami nie przywróci ci młodości – szepnął mu niemal do ucha i z trudem powstrzymał się od gwałtownego zwrotu w tył, odór wszystkich nieprzyjemnych zapachów świata widocznie kumulował się w tym zwale tłuszczu. Aż dziwił się, jak właściciel wytrzymuje sam ze sobą, on by nie mógł.
            - Jak nie przestaniesz obłapiać tej rumianej dzieweczki, żona wcześniej czy później obetnie ci jaja, albo sam padniesz wcześniej na serce podczas baraszek – mruknął groźnie.
            A z żoną karczmarza nie było żartów. Kobieta była wyjątkowo szpetna, jak noc. Jej długi nos zakrzywiał się jak wiedźmie, a olbrzymie cyce niemal zwisały do bioder. Dodatkowo skrzeczała natrętnym głosem, wprawiając człowieka w nieprzyjemny humor. Wygląd nie przeszkadzał jej jednak zalecać się do młodzików, którzy ze wstrętem unikali patrzenia chociażby na nią. Ku jego wielkiemu nieszczęściu i on pierwszej nocy ledwo co uratował się z sideł potwory, która z wielką przyjemnością zagrzałaby mu siennik. Uciekł z miejsca jak najprędzej i zaprzyjaźnił się z końmi w stajni – to było bezpieczniejsze niż widok tłustego cielska tej niezrównoważonej kobiety, stykającej się z jego ciałem, brr.  
            W głównej izbie – jak i jedynej – paliły się pojedyncze świece, co i tak nie nadawało miejscu mistycznego wyglądu. Było śmierdząco, nad wyraz głośno, a zalani już wcześniej mężczyźni przyszli tu widocznie dla jakiegoś pajaca. Spotykał się i z takim podejściem do całej sprawy i nie robiło to na nim wrażenia. Lubił potem widzieć przerażone i zafascynowane spojrzenia tych mężczyzn i czasami jakiś dziwek – które potem umilały mu samotne wieczory – kiedy zaczynało się dziać dookoła nich coś dziwnego i niewytłumaczalnego.
            Nieznośnie powolnym krokiem lawirował między zataczającymi się pijakami, starają nie zabrudzić przygotowanego kostiumu – nie zdążył zapytać Amandy czy może go zatrzymać, czy wściekły właściciel będzie szukał zapewne zguby.
            Dopiero gdy stanął na środku izby głosy wydawały się przycichnąć, niektórzy obdarzyli kolorowego cudaka kpiącymi spojrzeniami i po krótkiej chwili milczenia ze strony młodego chłopaka, ponownie sięgnęli po swoje trunki.
            Doskonale wiedział, że samo odchrząknięcie nic nie da, aby oderwać wieśniaków od najlepszej uciechy jakim było piwo, musiał postarać się o wiele bardziej. Nie lubił aż tak dosadnie korzystać ze swoich mocy, był po tym wykończony. Cóż jednak poradzić, na chleb nie zarobi nic nie robieniem.
            Skupił się przesadnie i zrobił napięty wyraz twarzy. Nie musiał tego robić. Całość przychodziła taksami łatwo jak wypróżnianie w krytycznym momencie. Po prostu chciał zrobić wrażenie na widzach i zedrzeć jak najwięcej pieniędzy. Wyciągnął dramatycznym gestem rękę przed siebie i mamrocząc pod nosem, że sprawi by wszystkim obecnym portki spadną z tyłków – co oczywiście miało być tajnym zaklęciem – wysunął blisko siedzącemu mężczyźnie kufel z dłoni. Ten zamrugał kilkakrotnie oczyma, przetarł je i rzucił się spanikowany ku swojemu szczęściu na ten wieczór i pewnie kilka kolejnych, sądząc pewnie że jest zbyt pijany i przedmiot sam uciekł mu z rąk.
Czarnoksiężnik – lubił tak siebie nazywać przy co lepszych dzierlatkach, które z chęcią rozsupływały się z gorsetów – powstrzymał z trudem uśmiech zwycięstwa, tym bardziej że kompani zdziwionego mężczyzny zarechotali rozbawieni, kiedy dryblas próbował złapać swoje piwo, które przesuwało się po stole kiedy ten próbował pochwycić je w swoje tłuste łapska. Póki co jednak nikt nie zauważył w tym udziału młodego chłopaka, a stał przecież jak byk pośrodku karczmy i wyciągał rękę właśnie w stronę roześmianej gawiedzi. Prychnął nieco rozeźlony, jednak nadal bawił się w kotka i myszkę. Sukcesywnie przybliżał kufel do krawędzi ławy, a śmiech pozostałych robił się coraz donośniejszy. Drogocenny trunek o fatalnej jakości zakolebał się niebezpiecznie, a głos radości zrobił się niemal nie do wytrzymania. Zrozpaczony widocznie mężczyzna, zrobił się wściekłym mężczyzną i wstał, głośno odpychając taboret pod swoim tyłkiem i waląc zaciśniętą pięścią w ławę. Zdawałoby się, że właśnie ten gest zakończy farsę i kufel spadnie w reszcie na ziemię, a pijak będzie mógł z czystym spokojem pójść po mniej rozrywkowy kufel. Przedmiot przechylił się, goniąc niechybnie ku upadkowi. Na to właśnie czekał, tak to zwykle rozgrywał. Siłą woli, niczym mimowolne pacnięcie komara kufel uniósł się do góry i zawirował w powietrzu.
Izba natychmiast ucichła. Słychać było tylko pojedyncze szmery i wzrok ludzi, zaskoczonych i podejrzliwych. Teraz wystarczyło ukazać swoje zalety. Machnął dramatycznie dłonią i piwo znalazło się ponownie w dłoniach sparaliżowanego ze zdumienia właściciela. Mężczyzna zamrugał oczyma i uśmiechnął się głupkowato. Nadal jednak podejrzliwie patrzył na trunek, jakby było pewnym, że gdy tylko się napije niechybnie padnie trupem.
Kolorowy cudak opuścił dłonie i złożył je jak do modlitwy, patrząc na tłum jak dobrotliwy dziadziunio.
- Napij się przyjacielu, bez obaw – powiedział dźwięcznym głosem, starając się by brzmiał i melodyjnie i opanowanie. Z jego oczu biło jednak dalej niebezpieczeństwo, jak drapieżnik szykujący się do skoku. Ton jednak nie pozostawiał wiele do wyboru. Nutka groźby zawarta w poleceniu, jakby zachęcająca do podjęcia gry przeżyjesz albo umrzesz, to wszystko zależy od mojego humoru. Dryblas podjął wyzwanie, nie miał wyjścia. Albo uległ promieniującemu wzrokowi magika, albo po prostu zapachowi piwa, nawet jeśli nie należało do najprzyjemniejszych. Upił mały łyk trunku, a kiedy nic mu się nie stało, nie krepując się wyżłopał większą część piwa znajdującą się w kuflu. Towarzystwo jednak dalej nie odezwało się słowem, widocznie nadal chłonąć chwilę magii.
- Witajcie moi drodzy – spokojnym, cichym głosem powiedział chłystek, nadal prężąc się jak struna. W myślał dodawał natomiast pierdolcie się stary głupcy, jutro mnie już tu nie będzie – Nie przerażajcie się tą małą kuglarską sztuczką, którą każdy zawszony pachołek potrafi stworzyć – powiedział z wyraźną niechęcią.
- Tego wieczoru poznacie co to naprawdę magia i moc. Nie czujecie? Zimnego dotyku trupów, które was prześladują? – powiedział złowieszczym tonem i uśmiechnął się drwiąco.
Kilku wstrzymało oddech i z trwogą oglądali się za siebie. Nie widzieli nic, co równało się z ciężko wypuszczanym powietrzem, było ulgą.
- Decyzję pozostawiam wam. Jesteście inteligentnymi ludźmi – którzy skutecznie zapijają swoje i tak puste łepetyny, dodał w myślach – Sami musicie wybrać. Dla niektórych to może być trudne przeżycie, tym bardziej – urwał na chwilę, przymykając oczy i upajając się chwilą – jeśli macie coś do ukrycia. Trupy wiedzą, duchy słyszą i pamiętają – ostrzegł, spoglądając na zbieraninę.
Zaczęły się szepty, co było całkiem zrozumiałe. Wiedział natomiast jedno, niewielu teraz wyjdzie. Co jak co, ale ludzie najbardziej bali się aluzji, przypuszczenia że mogę być winni jakiemuś strasznemu przestępstwu.
Przestąpił z nogi na nogę, dając czas wieśniakom na zastanowienie. Wyszły dwie osoby, może cztery. Nie obserwował ich, nie chciał by ludzie czuli się zagrożeni. Czasem paniczny strach niósł za sobą duże konsekwencje, na przykład przyprowadzenie kogoś z władz. To mu się niw uśmiechało, ani oskarżenie oczary i wszystkie nieszczęścia tego świata.
Odchrząknął znacząco i podniósł głowę do góry. Przedstawienie pora kontynuować.
Kiedy za pierwszym razem wszedł do tej karczmy, nie poczuł nic. Żadnego powiązania z zaświatami, niebem czy piekłem. Żadnego śladu szarpiących się dusz, które nadal przebywały na ziemi. Czuł jedynie swąd opalonych ścian, odór alkoholu i jeszcze większy odór alkoholu. Ściany były przesiąknięte wszelakimi trunkami, jak i moczem. W głowie układały mu się zwyczajne historie i sceny : a to rzyganie pod ścianami, zataczanie na nie w pijackim odurzeniu, chędożenie jakiejś dziewki w najdalszym zakątku izby. Nic specjalnego, nudna rutyna zmęczonych życiem chłopów, którzy odpoczywali w specyficzny dla siebie sposób. Dzień jak co dzień.
A skoro nie miał i nie czuł żadnych śladów mrocznej przeszłości, które mógłby wykorzystać w swoim przedstawieniu, musiał poruszyć swoją wyobraźnię. Byle tylko nie przesadził. Kątem oka ujrzał Amandę, która niemal wtoczyła się do pomieszczenia, siadając w przyciemnionym kącie na chyboczącym się zydlu. Rzucił jej ponaglające spojrzenie, jeśli chcieli zarobić dziewczyna musiała wziąć się w garść.
- Czujecie, moi drodzy? – zapytał niemal szeptem, a wszyscy z paniką wpatrywali się w jego dłonie, które w powietrzu zakreślały jakieś nieznane wzory – Zimno jakie nagle się pojawiło? – ruchem dłoni zgasił większość świec, zostawiając tylko te które pozwalały widzieć jego. Pomieszczenie okryło się niemal całkowicie ciemnością.
Amanda ruszyła z miejsca, powoli przesuwając się na sam koniec sali. W końcu dziewucha zaczęła działać!
- To oni – szepnął gorączkowo niczym szaleniec – I znają was! – pisnął, udając że i on czuje przerażenie. Że łączy się i tonie w tym samym uczuciu co reszta tego motłochu. Spojrzał przelotem na tłum mężczyzn. Wybrał ofiarę. Amanda świetnie się bawiła, przechylając w stronę jednego z facetów, a ten w ogóle jej nie zauważał.
- Ty! – skinął zdecydowanie głową na najbliżej siedzącego pijaka, który nerwowo zaciskał palce – Kim dla ciebie była ta, która teraz obok ciebie stoi?! Kim? – ponaglił pytanie ostrzejszym tonem, kiedy mężczyzna podskoczył i zaczął się trząść. Powoli, nerwowo zaczął okręcać głowę na wszystkie strony, widząc jedynie przerażone spojrzenia swoich kompanów, którzy odsuwali się od niego, jakby był skażony.
- Pa-aa-nie – sapnął w końcu i zamilkł, robiąc minę miejscowego głupka.
Po izbie przeszedł szmer, niektórzy znacząco patrzyli na mężczyznę w średnim wieku i szeptali potajemnie. Rozumiał. Zauważył również, że kapota pijaka jest dziurawa i ani razu nie zacerowana.
- Matka? – zapytał spokojnym głosem, podnosząco góry brew. Pijaczek skinął niepewnie głową.
- Nie jest zadowolona, że znowu tu siedzisz – mruknął złowrogo – Czujesz jej dłoń na ramieniu? – zapytał i spojrzał na faceta rozjarzonym spojrzeniem. Ten pokiwał kilkakrotnie głową, jakby naprawę czuł zimno. Może i czuł?
Amanda ponownie zmieniła miejsce. Tym razem usiadła koło całkowicie zalanych chłopów, którzy ślinili się na stół i czkali co chwila. Kontynuował. Karczmarz wszedł do izby, lokując się za szynkiem.
- Dalej nie żonaty? – zapytał niedbałym tonem. Trafił w dziesiątkę. Mężczyźnie rozszerzyły się źrenice – Twojej rodzicielce nie podoba się, że nadal nie masz kobiety przy swoim stole. Dziwki nie wystarczą! – krzyknął, udając jakikolwiek tubalny głos i wczuwając się coraz bardziej w swoją rolę – Całe ubranie w dziurskach, jak szmaciarz chodzisz! – krzyknął donośnie, poddając się udawanemu transowi – W zaloty iść, a nie do tego przybytku szatana chodzić! – wskazał oskarżycielsko palcem na przerażonego mężczyznę, podbródek trząsł mu się niebezpiecznie i najwidoczniej uwierzył, że chłopak właśnie przemawia głosem mateczki.
Zaśmiał się w duchu. Ludzie są naiwni. A pijani ludzie jeszcze bardziej. Kochał tę robotę. Amanda niczym cień przesuwała się i manewrowała dookoła ław z zapatrzonymi ludźmi.
Godzinę trwał pokaz. Zmęczony, odurzony oparami alkoholu padł w końcu w brudnej kuchni i głodny jak wilk sięgnął chochlą do ogromnego gara, gdzie gęsta ciepła maź, zrobiła się jeszcze gęstszą, zimną breją. Chociaż tak nie śmierdziała.
- Przepraszam, mistrzu – karczmarz znowu zrobił się opryskliwy – Ale za luksusy się płaci – syknął, widocznie zdenerwowany że ktoś grzebie mu w garach.
Odwrócił się do gospodarza z pogardliwym spojrzeniem, starając się przybrać jak najbardziej wyniosłą minę.
- Sprawiłem, że miałeś wypełnioną całą izbę – powiedział spokojnie – I nie doszło do żadnej burdy. I nie nazywaj tego chlewu i tego koryta – wskazał na pełen gar – luksusem. To rozczarowanie być tutaj.
Mężczyzna odchrząknął, a jego świńskie oczka zapaliły się nieznacznie. To oznaczało kłopoty. Zacisnął zęby, przygotowując się na przygotowaną ofertę.
- Nieładnie szanowny panie magiku, okradać ludziska– mruknął gospodarz i zasłonił mu wyjście.
Westchnął niezadowolony i znużony spojrzał na faceta. Amanda chyba już się starzeje, skoro dała się przyuważyć takiemu cymbałowi.
- Wiesz, że mogę zrobić ci krzywdę? – cicho powiedział chłopak, robiąc krok do przodu.
- Bajdurzenie z duchami magika nie uratuje i nie ochroni – powiedział pewien siebie -  A na pewno doprowadzi do kicia – uśmiechnął się obleśnie – Ale możemy przecież ulgą potraktować siebie. Połowa dla mnie, połowa dla magika, co? Dogadalim my się? – strzelił tymi obleśnymi oczkami, jakby upatrzył go sobie na ofiarę i bynajmniej był to podział zysków.
Postąpił krok do tyłu, kładąc nonszalancko dłoń na wielkiej chochli, niby to opierając się na blacie.
- Obawiam się – nadał swojemu głosowi i wypowiedzi wyższości, przypominając wszystkie górnolotne słowa, jakich się nauczył – że jednak nie dojdziemy do porozumienia. Widzicie gospodarzu, ja też muszę żyć. Do tego z dnia na dzień, nękany tymi wszystkimi wizjami, duchami a to nie wiem czy wiesz, ale znacznie wyczerpuje siły. Nawet tak kruchego człowieka jak ja.
Karczmarz spojrzał na niego głupio, zapewne niewiele rozumiejąc z wywodu. Zrobił za to nachmurzoną minę, bardzo nachmurzoną.
- Czylim się nie dogadali? – zasępił się mężczyzna i wyciągnął za pleców grubą pałkę.
Wywrócił oczyma i uśmiechnął się radośnie, co zbiło nieco z pantałyku przeciwnika.
- Naprawdę nad tym ubolewam – powiedział z żałością i w mgnieniu oka chwycił za łyżkę i przyskoczył do przyciężkawego karczmarza, waląc go bez oporów chochlą w kark.
Ku jego zaskoczeniu łyżka nie okazała się być tak wytrzymałą i pękła na potężnym karczysku mężczyzny, a ten nawet nie poczuł że czymkolwiek dostał. Widocznie w tym przypadku, masa równała się wytrzymałości. Jednak na pewno nie w szybkim biegu.
- Kurwa! – syknął chłopak i zrobił unik, cofając się do tyłu. Gospodarz nie marnował czasu i zamachnął się drewnianą pałką. Był jednak zdecydowanie za wolny, nie trafił. Z trudem zaparł się na ogromnym garze i zsunął go z blatu. Z ciężkim jękiem garnek przewrócił się i rozlał na podłodze gęstą breję.
Gospodarz przystanął osłupiały, tak samo jak młodzik. Popatrzyli spod byka na siebie i ruszyli do ataku, albo ucieczki. Karczmarz, ten półgłówek wkroczył w rozlaną maź i przy pierwszym kroku poślizgnął się, lądując pośrodku strawy. Chłopak sprawnie ominął ciemną kałużę i pobiegł do wyjścia. Odwrócił się jeszcze na chwilę do leżącego mężczyzny i ukłonił szarmancko.
- Miło było poznać, ale jestem zmuszony się pożegnać – powiedział spokojnym, na poły rozbawionym tonem. Rozejrzał się jeszcze po kuchni i podszedł szybko do stołu, stojącego przy ścianie – Pozwoli pan, że pożyczę – złapał za dwie duże, upieczone nogi. I zwiał.
Przebiegł szybko przez izbę i z hukiem otworzył drzwi. Mało brakowało, a zderzyłby się ze służącą, która niosła w ramionach ogromną misę. Dziewczyna podskoczyła, a jej piersi zafalowały lekko. Białą bluzeczkę miała jakby wilgotną, a do tego sznurki były znacznie rozwiązane. Westchnął z niezadowolenia, wiedząc że nie będzie mógł się zabawić. Odbiegł od dziewczyny, stanął i podbiegł do niej. Wycisnął na ustach szybki, naglący pocałunek i oderwał się od ust służki. Zaskoczona upuściła misę i rozmarzonymi oczyma wpatrywała się w chłopaka. Ten korzystając z okazji jej chwilowego otumanienia, złapał za dorodne piersi i zacisnął na nich dłonie. Dziewczyna pisnęła i zarumieniła się lubieżnie, widocznie czekając na więcej.
- Piękne – mruknął w zachwycie – Zapamiętaj mnie złotko – mrugnął i ostatni raz spojrzał na dwie duże kule. Uśmiechnął się, rozpromieniając swoją twarz. Żal mu było upojnej nocy.
Amanda już czekała, widział dziewczynę która machała mu gorączkowo. Posłał jeszcze jedno tęskne spojrzenie na rudą dziewuszkę i pobiegł do swojej towarzyszki. Z karczmy nikt nie wychodził nie pieklił się. Gospodarz widocznie jeszcze nie mógł dojść do siebie.
- Zwiewamy – rzucił Amandzie i nie zatrzymując się, pociągnął dziewczynę za rękę. Do lasu, w byle jakie zarośla, byle tylko ukryć się przede wzrokiem wścibskich, władz i najbliższych domów.
Ucieczka nie trwała długo. W dalszym ciągu nie migotały płomienie pochodni, nie słychać było krzyków. Chyba nikt nie zwrócił na nich uwagi. Zwolnili kroku, w pewnym momencie przystając i opierając się o wilgotne drzewa. Sapali głośno, nie byli zahartowani do takich przebieżek.
- To nie moja wina! – od razu zaczęła bronić się dziewczyna, zanim zdołał cokolwiek powiedzieć. Wzruszył ramionami, mając zupełnie inne zdanie.
            - Gdybyś się tak nie zalała, to może by nie zauważył, a my byśmy mieli dach nad głową na tę noc. Chyba będzie padać – mruknął ponuro.
            - To była taka strategia – syknęła Amanda – Chciałam, żeby uważał że jestem w stanie się ruszyć.
            - Udało ci się, ledwo się ruszałaś – syknął, uspokajając oddech.
            Zawiał silni wiatr, skulił się automatycznie. To nie będzie przyjemna noc.
            Dziewczyna zmrużyła niebezpiecznie oczy, mimo ciemności doskonale wiedział, że jest zdenerwowana. Zdążył ją już poznać w ciągu ich bezcelowej półrocznej wędrówki ze wsi do wsi.
            - Jednak moje ręce ruszały się bez problemu. Mamy za co żyć przez kilka tygodni – spokojnie powiedziała, powstrzymując wybuch gniewu.
            Czasami ciężko się z nią podróżowało. Czasami wybuchała taką złością, że wolałby być przygniecionym przez drzewo i umierać w bólach. Były i jednak dobre strony. Miał go kto przytulić nocą, miał kogo wychędożyć kiedy byli daleko od jakichkolwiek zabudowań – o ile szanowna księżniczka miała ochotę, a często miała – układ idealny. Do tego potrafiła z pokerową twarzą kogoś obrabować, a głupiec nawet o tym nie wiedział.
            - Dobrze, już dobrze – odetchnął, machając ręką żeby zakończyć spór – Musimy się gdzieś przespać chyba – westchnął ciężko. Byli w lesie, kurewsko ciemnym lesie, a zaraz miało pewnie się rozpadać.
            - Jak myślisz, gdzie się znajdujemy? – zapytała z obawą dziewczyna. Nie była bojaźliwa, co to, to nie. Po prostu nie lubiła deszczu.
            - Najpierw znajdźmy drogę. Nie chcę być rozszarpany przez wilki, kiedy będziemy spać. Ogniska rozpalić nie możemy – mruknął. Rozejrzał się dookoła siebie i miał wrażenie, że widzi jakieś przebłyski światła. Wyprostował się i skupił. Będzie go po tym boleć głowa, jednak coś wypadało zrobić. Przymknął oczy i zacisnął wargi.
            Wizja uderzyła go mocno, może był zbyt wyczerpany biegiem i dlatego się tak poczuł. Wszystko zniknęło i został on, dookoła rozmazanego lasu. Biegł z niewyobrażalną prędkością, rejestrując wszystko co mijał, mimo tego że było to tylko plamą. Wielką kolorową plamą. Zatrzymał się nagle i widział. Rozpadającą się chałupę, stodołę. Zgaszone światło. Wszyscy spali. A stodoła kusiła ciepłem i dachem nad głową. Zatoczył się do tyłu i uderzył z drzewo, wracając do ciała. W głowie mu się zakręciło i potrzebował chwili, żeby dojść do siebie.
            Spojrzał na dziewczynę, której nie obeszło jak źle się czuje. Nieczuła suka.
            - Znalazłeś? – zapytała za to butnie, strzelając wrogo świecącymi się ślepiami.
            - Tak, kurwa – powiedział rozzłoszczony – Twój pies przewodnik znowu sobie poradził. Znalazłem stodołę – mruknął i ruszył we właściwym kierunku.
            - Szczyt luksusu – burknęła dziewczyna i ruszyła za swoim towarzyszem.
            - Jak  panience się nie podoba siano, zawsze może wrócić do bycia pomywaczką u wielkich państwa. To pewnie było lepsze, prawda? – zapytał ironicznie, przez co oberwało mu się. Dostał pięścią w plecy i syknął z bólu – Kobieto, no!
            Spacer nie trwał długo. Szybko znalazł odpowiednią drogę i nawet to, że było już zupełnie ciemno i znajdowali się w lesie, nie przeszkadzało mu. Miał doskonałe wyczucie w terenie, w końcu tyle razy właśnie jakiekolwiek krzaki czy drzewa ratowały mu życie.
            - Teraz cicho – szepnął i nakazał gestem Amandzie, by powoli się zbliżyła.
            Znaleźli. Mały budynek stał niemal samotnie, targany teraz coraz większym wiatrem.
            - Prędzej ta szopa zawali nam się na łby – syknęła dziewczyna.
            Nie odpowiedział, tylko cicho stąpał zbliżając się do ich noclegu. Dziewczyna ruszyła za nim, a chłopak miał wrażenie że idzie za nim słoń. Amanda nie miała w sobie gracji i powabu, pod jej stopami trzeszczała każda najmniejsza gałązka. Westchnął ciężko, mając nadzieję, że gospodarze nie mają żadnego groźnego psa.
            Dotarli do środka z mocno bijącymi sercami. Stodoła była pusta, gdzieniegdzie popiskiwały tylko myszy, co jednak skutecznie było zagłuszane przez dudniący wiatr. Zimno wdzierało się bezlitośnie do środka. Tyle dobrego, że chociaż nie było mokro.
            - Widzisz! – z zadowoleniem powiedział chłopak – Jestem twoim księciem na białym koniu – dodał.
            - To załatw mi jeszcze jakieś wyrko królewskie – złośliwie stwierdziła Amanda.
            - Z rana trzeba ruszyć dalej. Pewnie będą nas szukać. Chociaż mam nadzieję, że będą jeszcze zbyt pijani – mruknął.
            Usiadł na  wystającym balu i rozejrzał się po wnętrzu.
            - Pokaż – zażądał i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny.
            Amanda podeszła do niego i zalotnie rozchyliła poły starej kurtki, uchylając rąbka swojej kobiecości. Zaświeciły mu się oczy i sięgnął za sznurek, przyciągając dziewczynę bliżej. Sięgnął za pazuchę i wyjął z niej sporych rozmiarów mieszek.
            - Nie potrafisz się bawić – burknęła Amanda, zakrywając swoje ciało.
            - Najpierw interesy moja droga – powiedział bez przekonania i wysypał na dłoń monety. Pokiwał w zadowoleniu głową i wyciągnął swoją pustą już sakiewkę. Podzielił pieniądze i oddał resztę Amandzie.
            - Zawsze mnie oszukujesz – warknęła dziewczyna – To ja odwalam całą tą parszywą robotę – syknęła, chowając między piersi mieszek.
            - To jednak ja robię z siebie debila przed tymi wszystkimi ludźmi – powiedział obojętnie i podniósł się do góry – Spać będziemy tam, na pięterku – powiedział zdecydowanym tonem.
            - Nie jestem do końca pewna, czy aby wszystko co mówisz jest prawdą. Nie jesteś tylko kuglarzem, wiem to. Ty to wiesz – wytknęła mu dziewczyna – Chciałabym wiedzieć, kim tak naprawdę jesteś – zakończyła, wyraźnie czekając na odpowiedź.
            - Tak – nieznajomy głos oderwał ich od rozmowy i przestraszeni poderwali głowy do góry – Z chęcią dowiedziałbym się, kto burzy mój sen – mruknął młody mężczyzna.
            Dwójka przyjęła pozycję obronną, nigdy nie wiadomo kogo się spotyka na swojej drodze. A nuż to jakiś morderca, psychopata, rzezimieszek dybiący na ich zapełnione teraz mieszki. Popełnili podstawowy błąd, nie sprawdzili czy stodoła jest pusta. Uścisnął szybko dłoń Amandy, która na była na wpół przestraszona, na wpół zauroczona. Chłopak był naprawdę przystojny. Usłyszał tylko cichy szept Amandy: - Jest mój. I tyle by było z jego podbojów. Spóźnił się z podbojem.
            - My również. Nie jesteśmy wrogami – dyplomatycznie odezwał się i łagodnie spojrzał na młodego mężczyznę.
            - Ja również. Tylko, że ja tu byłem pierwszy – z równym spokojem odpowiedział nieznajomy.
            - Myślę, że i dla nas znajdzie się miejsce. Moja towarzyszka jest bardzo zmęczona. W końcu to dama – wskazał na dziewczynę, która teraz wdzięczyła się pokazując co najlepsze. Mało brakowało, a by parsknął. Jednak zainteresowało to nieznajomego, który nie mógł oderwać wzroku od Amandy.
            - Oczywiście – krótko odparł mężczyzna – Zbłąkani wędrowcy muszą sobie pomagać w potrzebie, prawda? – uśmiechnął się wymuszenie.
            Wiedział już z jakim rodzajem człowieka ma do czynienia. Niepoprawnym marzycielem, łowcą przygód. Nieznajomy niewątpliwie żył we własnym świecie, który układał ody na jego cześć. Uśmiechnął się z wdzięcznością i podszedł bliżej młodzieńca.
            - Mam rozumieć, że górne apartamenty są zajęte przez ciebie?
            - Tak, z chęcią jednak się nimi podzielę – młodzik uśmiechnął się bezczelnie, bez pardonu wpatrując w rozchełstaną bluzkę Amandy.
            - Bardzo pan miły – słodkim głosem odezwała się dziewczyna,  dygając krótko.
            - Może jednak najpierw się odrobinę poznamy? Noc jeszcze młoda. Mam napitek – tym zdecydowanie ich skusił ku sobie.
            Wdrapali się na piętro i dalej ostrożni usiedli w pewnej odległości od nieznajomego.
            Młodzik wyjął z obszernej torby pękatą butelkę i trzy drewniane kubki. Nawet nie chciał wiedzieć, co za rodzaju trunek będą pili.   
            - Nazywam się Oktawian. Imię rodowe nie gra roli, już mnie nie dotyczy – powiedział posępnie i wręczył im kubki. Przyjęli je z wdzięcznością.
            - Szlachcic? – zapytała Amanda, uśmiechając się bezmyślnie.
            - Już nie. Teraz szukam szczęścia w świecie. Przygoda zawsze mnie fascynowała.
            - Paniczyk wybrał się w wielki świat – gwizdnął i spojrzał z rozbawieniem na młodzika – Już coś się pogryzło, panie?
            - Póki co mój żywot pnie się do góry – butnie powiedział Oktawian.
            - Myślę, że wręcz przeciwnie skoro zamiast w karczmie wylądowałeś w stodole – uśmiechnął się uprzejmie.
            - To samo mogę chyba powiedzieć o was, prawda? – zakpił chłopak i upił ostrożnie łyk alkoholu, krzywiąc się niemiłosiernie. Aż bał się spróbować własnej porcji. Zrobił to z ogromną ostrożnością i poczuł palący ogień w grdyce. Zakaszlał gwałtownie i zrobił się czerwony na twarzy. Pił co prawda ogrom parszywych alkoholi, ten jednak lądował w ścisłej czołówce.
            - My zawsze jesteśmy na górze. Chociaż tego nie widać. Zawsze krok przed wszystkimi, prawda? – Amanda odezwała się kokieteryjnie.
            - Robimy co możemy by przetrwać w tym okrutnym świecie – odparł ponuro.
            - Nazywam się Amanda Kostka – dziewczyna ponownie wypięła pierś do przodu czarując młodzika – Uciekłam od swojej pani, byłam przez chwilę mistrzynią w sztuce kochania i wylądowałam z tym tutaj. Jest nam jednak ze sobą dobrze, bawimy się wyśmienicie – jej cichy śmiech rozjaśnił ciemne pomieszczenie.
            - A ty, panie? – Oktawian zwrócił się do niego.
            - Oh Sehun – z podstępnym uśmiechem na twarzy wypowiadał swoje imię – Czarnoksiężnik, magik, zrodzony z magii zaprawionej miłością.
            - Efektowna prezentacja – przyznał Oktawian.
            - Zaiste – pokiwał w zamyśleniu głową – A co najważniejsze, prawdziwa – na jego ustach błąkał się niewinny uśmiech – Dokąd to zmierzasz, Oktawianie? – zapytał po chwili, przyjmując formalny ton.
            - Magik, powiadasz? – oczy młodzika rozbłysły i widocznie w jego głowie snuł się jakiś plan – Dokąd się wybieram? Po przygodę, po sławę, po bogactwo!
            - Wobec tego, jesteście bardzo naiwni, panie – mruknęła Amanda z politowaniem – Nic nie przychodzi łatwo, a tym bardziej bogactwo – parsknęła i odrzuciła swoje splątane już nieco włosy.
            - W którą stronę podążacie, jeśli można spytać?
            - Na południe – Oh Sehun zmarszczył brwi i podejrzliwie wpatrywał się w chłopaczka.
            - Ja też, tak się dobrze składa. Że też wcześniej się nie spotkaliśmy – teatralnie zawodził Oktawian – Słyszeliście o legendzie, która zaprząta umysły tutejszych wiosek? – zapytał konspiracyjnym szeptem, nachylając się ku swoim tymczasowym towarzyszom i milknąc, widocznie budując napięcie.
            - Nie – ostrożnie odparła Amanda, udając zaciekawienie i lekką obawę. Kto jak kto, ale dziewczyna była niezłą aktorką, która talent wykorzystywała do spełniania własnych celów. Jej obecnym celem natomiast był Oktawian, Amanda prawie śliniła się na jego widok. Mógłby się co prawda poczuć zawiedziony postawą dziewczyny, ponieważ była jego partnerką zarówno w interesach, jak i czasami dostarczali sobie wzajemnej przyjemności, jednak tak jak i ona nie przykładała większego znaczenia do ich niepisanego związku. Przyjaźń nade wszystko.
            Oktawian rozpromienił się niczym dzieciak, w sumie miał za dużo z chłystka – był za bardzo wymuskany, delikatny. Co z takiego za mężczyzna?
            - Nikt, absolutnie nikt nie zapuszcza się w las na południu – zaczął swoją historię – Ludzie powiadają, że trzeba minąć te knieje, minąć bagna i znaleźć zapomnianą przez Boga ścieżkę. Znajdujemy się praktycznie w górach, widzieliście je prawda? – dwójka pokiwała głowami twierdząco – A w tych górach, do których wiedzie ścieżka, znajduje się dolina. Opuszczona przez wszystkich wioska, skąd wszyscy uciekają i potem opowiadają mrożące krew w żyłach historie – przerwał, czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony towarzyszy.
            Oktawian był zdecydowanie marnym bajarzem. Jego opowieść była nieskładna i chaotyczna. Amanda nieco znudzona, nie dawała po sobie poznać, że tak faktycznie jest. Sehunowi jednak chodziło po głowie zupełnie coś innego, niż jakaś tam historyjka.
            - I wśród tych zacnych słów, kryje się jakiś skarb, tak? Bo nie wydaje mi się, byś był jedynie zwykłym poszukiwaczem przygód. Do przeklętych miejsc nie powinno się chodzić. To ogłupia zmysły – powiedział ostrożnie Oh Sehun.
            - Skarb, tak, skarb – oczy zaświeciły się Oktawianowi i z niemałą czułością wymówił te słowa – Legenda mówi, że wioska jest pokryta złotem – chłopak uśmiechnął się, widząc podnoszącą się brew Sehuna – w co oczywiście nie wierzę – parsknął – Prawdą jednak może być, że osada może ukrywać jakieś skarby. Wielu śmiałków próbowało i żaden nie wrócił z wyprawy – zakończył swoją opowieść.
            - Może dlatego, że trasa jest zwyczajnie zbyt usiana niebezpieczeństwami – spokojnie odparł Sehun.
            - Albo pułapkami – podekscytowanym głosem rzucił Oktawian.
            Powstrzymał przekleństwo cisnące mu się na usta, stwierdzając że Oktawian jest niepoprawnym marzycielem, który wszędzie wietrzy podstęp z dodatkiem nadprzyrodzonych mocy.
            - Sehun – radość Oktawiana udzieliła się widocznie Amandzie, która wpatrywała się w niego promiennie.
            - Tak? – zapytał niechętnie, doskonale wiedząc, jakie pytanie za chwilę padnie.
            - I my wybieramy się za góry. Musimy spróbować czegoś nowego – zaklaskała w dłonie – Może Oktawian mógłby się do nas przyłączyć? Będę się czuła jeszcze bezpieczniej, mając przy sobie dwóch odważnych mężczyzn – aluzja została poparta delikatnym muśnięciem ramienia Oktawiana. Chłopak napuszył się i wypiął pierś do przodu.
            Sehun został przegłosowany. Nie wątpił, że gdyby się nie zgodził, Amanda wybrałaby nowego towarzysza, a jemu nie uśmiechała się samotna podróż.
            - Rozumiem – mruknął Sehun.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Startuję z krótkim opowiadaniem, które może przypadnie Wam do gustu, bo ja już jestem w nim zakochana - tak mało skromnie. Partów będzie niewiele, może zmieszczę się w 50 tronach. Dalej prośba, o zrobienie nowego nagłówka - zgłaszajcie się, ja co najwyżej mogę zrobić ludzika w Paincie. 



7 komentarzy:

  1. Hej, jeśli byś chciała, ja chętnie zrobię nagłówek/szablon :) pisz - gg: 37052739, lub mail: maryrose19@onet.eu

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby się nie zmieściło w pięćdziesięciu TRONACH to by było dziwnie XDD No cóż mogę powiedzieć... Ciekawie się zapowiada c; Mam nadzieję, że będą seksy i trzymam kciuki za wełnę! C:

    OdpowiedzUsuń
  3. Liczę na seksy jak autorka komentarza wyżej! Nie wiem jak to robisz, ale zawsze masz super pomysły na opka ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. WOW. Jestem pozytywnie zaskoczona, bo opo jest całkowicie inne niż wcześniejsze, które czytałam.
    Z niecierpliwością czekam na więcej~

    http://looking-for-paradise-lost.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojej super sie zapowiada! *0*

    OdpowiedzUsuń
  6. W końcu się przełamałam i przeczytałam ten rozdział, tylko fakt, że naprawdę fajnie piszesz i zawsze masz ciekawe pomysły mi w tym pomógł. Jednak warto było, bo opowiadanie zapowiada się interesująco, mimo że to nie moje klimaty.
    Czekamy więc na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam A.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przepraszam że dopiero teraz się odzywam, skoro przez ostatni czas przeczytałam wszystkie twoje opowiadania. Zazwyczaj nie płacze, jakoś nie pokazuje innym swoich uczuć. Pewnie jak każdy jak czytam to sama jestem. Powiem ci jedno.. Jak dziecko beczałam. I to mnie troche przymuliło. W sensie że znów za dużo myśle, znów za bardzo wszystko przeżywam, znów mi brakuje światełka. Jeśli za jakiś czas przestaniesz w ogóle pisać, i jeśli nie znajde kolejnego tworcy takiego jak ty to oprócz muzyki nie zostanie mi nic co będzie mnie trzymac. Jakby. Jeśli wiesz o co chodzi. Taaak, każdy potrzebuje miłości, nawet takie jeszcze dzieciaki jak ja, ale co jeśli nie można jej otrzymać? Jakaś osoba cieszy się ze wszystkich małych rzeczy, a ich i tak jest mało? Przyjaźń? Nie trzyma sie kupy, hobby? Jakoś nie da się go realizować. Dlatego takie np. opowiadania jak to trzymają, bo tu jest tyle emocji że głowa boli. Można plakać ze szczęścia na koniec, przy tym płakać że to już koniec opowiadania. Odnalazłam się w tym troche i będe się trzymać do momentu kiedy nie skończysz. Dzięki za to (: jk

    OdpowiedzUsuń