poniedziałek, 3 lutego 2014

Łowca Cieni - Part II [Hunhan]

Witajcie :)
Przyszło Wam trochę czekać na kolejny rozdział. 
I muszę Was rozczarować - albo to i dobra wiadomość - będzie kolejny part tego opowiadania. 
Zwyczajnie nie zmieściłam się i domyśliłam kolejny wątek. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 
Pod koniec tygodnia dostaniecie ostatni rozdział Łowcy. 
Liczę na Wasze opinie, a wtedy popatrzę przychylnym okiem i wcześniej zacznę publikować zapowiadanego 2mina ;> 

Jeszcze dla Was trochę linków. Zajrzyjcie, sprawdźcie :)

Mój ask (wpadłam w sieć i założyłam ;P) --> http://ask.fm/Justus93
Mój drugi blog o Azji --> http://poazjatyckiemu.blogspot.com/
I osóbka, dzięki której paczycie na nowy wygląd bloga --> http://boskie-komedie.blogspot.com/
I na koniec twitter --> https://twitter.com/03justyna93

Pozdrawiam kochani <3



EPIZOD IV.

            Zawitał na plac przypominający rynek. Tak jak powiedziały dzieci, kapliczka Najświętszej Panienki stała niemal na samym jego środku- Tuż obok pręgierza, co wydawało się czystą złośliwością. Przy nim swoje zaszczytne miejsce dzierżyła chałupa, która była chyba oberżą. Gdy tylko spojrzał na zbutwiałe deski i okna, z których wystawało siano, zatęsknił za miejskimi knajpami. Samo wchodzenie do takiego lichego budynku, który wyglądał jakby miał runąć przy najdrobniejszym podmuchu wiatru, nie wróżyło nic dobrego. Zginie tutaj jak nic, pomyślał Sehun. A jak nie zostanie pogrzebany żywcem, to jedzenie i napitki pewnie go zatrują, dodał smętnie w swoich myślach.
            Oczywiście, nie straszne mu były godne politowania warunki. Bywały gorsze miejsca. Znajdował się w nich. Był w samym centrum. Co jednak nie zmieniało faktu, że lubował się w minimalnej wygodzie, jeśli było mu to dane. A bywało to bardzo rzadko. Znacznie częściej lokowany był w stajniach czy spał na dworze, żywiąc się ochłapami, kiedy nie mógł wyjawić swojej profesji, działając w ukryciu. A nawet jeśli wyjawiał swoją tożsamość, tytułując się odpowiednio i licząc na szacunek pozostałych, to był pewien, że  warunki będą kiepskie. Patrząc na stan całej wioski, trudno byłoby tak nie stwierdzić.
            Tutaj przybył jednak na samo polecenie Jaśnie Wielmożnego Biskupa, który skąpił dla swojego wiernego sługi funduszy na podróż. Całe szczęście, że mógł ujawnić się ze swoją profesją. Wraz z małym i godnym politowania czekiem, dostał również oficjalny rozkaz. A takowy dekret wiązał się z wieloma korzyściami. Nawet jeśli tutaj objawi się to jedynie małą izbą, starym żarciem i kwaśnym napitkiem, to w grę wchodził również szacunek i pewność, że nie zostanie zarżnięty pod osłoną nocy. Nawet na przyjemności świata doczesnego nie miał tu na co liczyć. Coś mu mówiło, że jedynie ten chłystek Luhan, był jednym godnym zainteresowania człekiem, o ile ktoś lubuje się w chłopcach.
            Przywiązał konia do pręgierza, dając upust swojej złośliwości. Doskonale wiedział, że nie wypada tak robić. Zaznaczał jednak tym samym, że tutaj – w tej zapomnianej przez wszystkich mieścinie – tutaj, może pozwolić sobie na wiele. Nawet jeśli późniejsza współpraca z wieśniakami, nie wyjdzie mu na dobre i nie będą chcieli współpracować. Jednak i na to miał sposoby. Zacznie pod dobroci. Potem, jeśli będzie musiał użyje swoich najdroższych przyjaciół, którzy nigdy go jeszcze nie zawiedli. Bardzo dbał o swoje narzędzia. Darzył je niezwykłym sentymentem. Rozwiązał dzięki nim wiele spraw. No i ważna była czystość i ostrość. Niehigieniczne traktowanie tylko przybliżało podejrzanego ku śmierci, a tego nie chciał. Pilnował się, by na stole przesłuchań nie stracić nikogo. Czasami wystarczała jednak sama ekspozycja zabawek, by grzesznik zszedł na zawał. Uprzednio wydalając wszystko, co trzymało jego parszywe ciało. A tak lubił swąd palonego ciała. Poprawka. I to bardzo istotna. Oczyszczające płomienie, które spalają wszelkie winy grzesznika. Ten nawet nie może krzyczeć, ponieważ ucięty język mu w tym nie pozwala. Tylko chaotyczne drgania i skowyt tłumu, który domaga się więcej i więcej. Bezduszni, którzy nie rozumieją całego procesu. To tylko rozrywka w ich szarym świecie, trochę iskrzącej się czerwieni i chmura czarnego dymu, kiedy ciało spala się. Idioci.
            Zakrył się opończą, ukrywając jednocześnie swój inkwizytorski płaszcz z emblematem. Łańcuch z krzyżem od jakiegoś czasu spokojnie leżał na piersi, ukryty przed wszelkim wzrokiem. To co również lubił i nie mógł sobie odmówić tej przyjemności, to wielkie, efektowne wejścia. Warknął, kiedy spojrzał w dół i ujrzał jedynie zabłocone buty. Wioska gówna i błota. Był pewien, że się nie przyzwyczai. Zastanowił się, jakim cudem Luhan był w stanie. Był pewien, że chłopak nie jest z tych okolic. Nie przypominał w żaden sposób wieśniaka, mimo że ubranie doskonale wpasowywało go w tą rolę. Uważniejszy jednak  obserwator widział więcej.
            Potrząsnął głową. Miał większe zmartwienia aniżeli rozwodzenie się nad rodowodem Luhana. Chłopaka, który nie powinien w ogóle go interesować. Którym nie powinien zaprzątać sobie głowy.
            Pochylił głowę, by osłonić się przed padającym deszczem. Ruszył do karczmy. W spokoju. Powolnymi ruchami. Drzwi skrzypnęły niemiłosiernie i  miał wrażenie że zaraz wypadną z zawiasów. Musiał najpierw porządnie je pchnąć, aby mogły się otworzyć. Niemal czuł zapach stęchlizny i wilgoci. Jednak gdy znalazł się jedną nogą w pomieszczeniu, poczuł prawdziwy swąd. Zamknął najciszej jak się dało za sobą drzwi i oparł o ścianę, obserwując. Był ciekawy ile czasu zejdzie hołocie na tym, aż go zauważą.
            Skrzywił się widząc wnętrze oberży. Całość wyglądała jak obora i nie zdziwiłby się, gdyby budynek został zaadaptowany właśnie na potrzeby wyższych celów, jakim była pijalnia. Stoły rozciągały się czterema kolumnami, jeden brudniejszy od drugiego. Właściciel raczej nie interesował się czystością swojego przybytku. W jednym z kątów zauważył nawet świniaka, który zbierał zawzięcie resztki, które spadały ze stołów. Iście wieśniacka rozrywka. Nie dziwił się, dlaczego Luhan nie chciał się tutaj pokazywać. Sam wolał wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Zaduch panował tutaj niemiłosierny. Mocz, brud, przegniłe owoce. Do tego cała zgraja tłustych wieśniaków. Mężczyźni przekrzykujący się nawzajem. Miał dość tej szopki i zgrywania niewidzialnego.
            Ruszył ciężkim, złowrogim krokiem w stronę lady. Lawirował dookoła pijących, a  niektórzy z nich zaczęli nawet zwracać na niego uwagę. Rozeszło się to falą, kiedy ktoś zaczął kogoś innego szturchać łokciem, zwracając uwagę na zakapturzonego przybysza. Nic sobie nie robiąc z tego nagłego zainteresowania znalazł się przy ladzie, patrząc spod kaptura na otyłego karczmarza w tłustym fartuchu.
            - Wino mi dajcie – zaczął ochrypłym głosem – Tylko nie siki – dodał, kiedy człowieczek zmarszczył brwi i rozciągnął usta w bezzębnym uśmiechu. Już żałował, że cokolwiek tutaj zamówił.
            - Co tu robisz podróżny? – jakiś chudy mężczyzna stanął obok niego i położył dłoń na drewnianej ladzie. Ręka była masywna i pewnie miała pokazać, że nie jest tutaj mile widzianym gościem. Do wieśniaka niemal natychmiast dołączyła świta, tak że był niemal otoczony przez ten śmierdzący plebs. Przypomniało mu to o sytuacji sprzed kilkunastu minut. Tylko że on nie miał zamiaru zostać pobitym.
            - Czekam na piwo – mruknął Sehun, naciągając kaptur jeszcze bardziej – Gospodarzu! – zakrzyknął do karczmarza – Macie wolne pokoje? – zapytał władczo.
            Otyły wieśniak spojrzał porozumiewawczo na mężczyznę, który do niego mówił. Sehun uśmiechnął się krzywo pod połami kaptura. Chyba nie musiał się już ukrywać. Towarzystwo nie było nastawione pozytywnie. Obawiali się czegoś. Wyczuwał to w ich głosach.
            - Liczę na to, że jakiś dostanę – powiedział spokojnie – Wraz z miejscem na przesłuchania – wypowiedział te słowa i aby dodać sobie dramatyzmu, ściągnął opończę, ukazując płaszcz z połamanym krzyżem w pełnej okazałości.
            Na taką reakcję liczył. Kilka osób, w tym nagabujący jego osobę, cofnęło się krok do tyłu. Większość miała wystraszone miny, tylko karczmarz uśmiechnął się i postawił na blacie kubeł z winem.
            - Proszę, wielce szanowny panie – powiedział radośnie, jednak Sehun miał nieodparte wrażenie, że sobie kpi z niego. Jego pierwszego weźmie na przesłuchanie.
            Mężczyzna, który śmiał się odezwać spuścił głowę i miętosił teraz skraj swojej kurtki. Sehun spojrzał na niego z pogardą i zwrócił spojrzenie na wszystkich zabranych wieśniaków.
            - Wierzę, że zebrała się tutaj cała śmietanka towarzyska – powiedział donośnym głosem – Usiądźcie – wskazał ręką ich miejsca – Czy to większość mężczyzn? – zwrócił się teraz do karczmarza.
            - Tak jest – mężczyzna kiwnął głową, widocznie rozbawiony poruszeniem, jakie wywołał Sehun – Kobiet nam tu nie trzeba – machnął ręką lekceważąco.
            - To oczywiste – Oh przyznał rację karczmarzowi – I na nie przyjdzie czas, jeśli od Was niczego się nie dowiem. Nikt przecież nie chciałby, by stało im się coś złego. Ani dzieciom, prawda? – tak, to miała być groźba. A najłatwiejszym sposobem było powołanie się na bliskie osoby. Każdy z tych mężczyzn miał kogoś, kto na nim polegał, za kogo czuł się odpowiedzialny. Nie to co Inkwizytor. Wolny strzelec, ograniczony jedynie miłością do Najwyższego Pana Mściciela Jezusa i Biskupa, którego był podwładnym.
            Po tłumie rozszedł się pomruk niezadowolenia. Zbyt wielu przyjaciół nie zyskał tymi słowami. Jednak nie o to chodziło. Chodziło o szacunek, nawet wymuszony strachem. Nie miał zamiaru pozwolić zdominować się tym wieśniakom.
            - W trakcie drogi towarzyszyli mi Alex i Matylda. Znacie to rodzeństwo? – spojrzał po twarzach mężczyzn szukając jakichkolwiek objaw kłamstwa, zawahania. Nie spostrzegł nic takiego. Twarze wielu mężczyzn pokrył uśmiech. Znali tą parkę.
            - Jasna sprawa, jaśnie wielmożny panie – do przodu wysunął się karłowaty człowieczek z bruzdami pokrywającymi całą twarz. Sehun domyślał się pozostałości po ospie. Stwierdził również, że mężczyzna starał się wywyższyć jego osobę bardziej, niż to było konieczne – To takie miłe dzieciaczki – Sehun gotów był uwierzyć, że mężczyzna mówi ze wzruszeniem.
            - Jak się nazywasz? – przerwał mu na moment, z góry przyglądając się parchatej twarzy.
            - Arnold, panie – mężczyzna ponownie skłonił głowę. Sehun skrzywił się. Znał kiedyś jednego Arnolda, który nie wspominał z uśmiechem ich znajomości. Miał nadzieję, że tym razem nie zakończy się ona podobnie – Matula nadała mi takie imię, po ojcu świętej pamięci. Zaś dziad mój również nazywał się Arnold – wieśniak widocznie zaczynał się dopiero wprawiać w historię życia, co Oh zamierzał przerwać. Dałby sobie rękę uciąć, że i pradziad nazywał się Arnold.
            - Wracając do rodzeństwa… - napomknął od niechcenia. Machnął ręką i od razu obok niego znalazło się krzesło, na którym usiadł. Grupka ochotników zgromadziła się obok niego. Reszta – ta bardziej bojaźliwa – usadowiła się na ławach, gdzie jeszcze chwilę temu pili wino i przygryzali starym chlebem.
            - Tak, tak – tym razem odezwał się staruszek. Jego twarz zdobiła obszerna broda, teraz całkowicie wybrudzona pianą z piwa, jak i resztkami jedzenia. Usta rozpłynęły mu się w bezzębnym uśmiechu – Matula chora, Alexik i Matyldzia kwiatki jej co pewien czas znoszą. Biedne dzieciaczki – mężczyzna naprawdę wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpłakać.
            - A ojciec? – rzucił ostro. Powoli denerwowało go to uwielbienie co do rodzeństwa.
            - A zaginęło mu się rok temu. Na bagnach. Niedaleko stąd – świta zebrana w karczmie, ochoczo kiwała głowami, potwierdzając każde słowo starca.
            Tylko, że on kłamał. Tak samo jak dzieci. Umykał mu jednak główny punkt zaczepienia. Coś było zatajone. Nie potrafił tego dostrzec. Czyżby Luhan miał rację? Był zaślepiony? Tylko nie wiedział jak by to mogło się stać. Kiedy. Był Inkwizytorem. Był odporny na wszelkie sztuczki. Jednak i jego kompani musieli jakoś zniknąć. Musiał istnieć jakiś powód. Był pewny jednego. Nie zamierzał skończyć jako pokarm dla zwierząt, w tej zatęchłej wiosce. Niespieszno było mu umierać. A na pewno nie tutaj.
            - Panie Wielmożny Inkwizytorze – właściciel przybytku w końcu się odezwał. Sehun wyczuł nutkę wzgardy, kiedy go tytułował. Mężczyzna wychylił się, stojąc dalej za ladą – My nie potrzebujemy tutaj Inkwizycji, tylko świętego spokoju – dosadnie powiedział chłop. Już wiedział, że nie był tu mile widzianym gościem.
            - Również chciałbym wam go zapewnić – z pokorą, jak i odrobiną groźby odpowiedział Oh – Rozumiem, że stacjonowali tutaj moi kompani? Skoro tak negatywnie oceniacie moje starania – niemal wyszeptał.
            Kolejny szmer rozszedł się po izbie. Tym razem pełen strachu, niepewności. Każdy patrzył na każdego, szukając kozła ofiarnego, który by z nim rozmawiał.
            - Nie – krótko odpowiedział karczmarz. Sehun z szybkością sokoła podniósł na niego wzrok, mrużąc niebezpiecznie oczy – Gdyby tak było, już z daleka byłoby czuć swąd palonych ciał, jak i ich krzyki – mężczyzna spokojnie dokończył.
            Kłamali. Dałby się nawet zwieść temu spokojnemu wyrazowi twarzy właściciela, który beznamiętnie przekazywał mu informacje. Wiedział jednak swoje. Informacje od biskupa i pobliskich oddziałów Inkwizycji nie kłamały. Trójka wysłanników nie wróciła z misji do tego zapomnianego miejsca.
            - Doprawdy? – Sehun uśmiechnął się kpiąco. Nie zamierzał ciągnąć tej farsy – Słyszałem coś innego. Coś zupełnie innego – powiedział spokojnie, wstając jednocześnie. Mężczyźni stojący najbliżej niego zrobili krok do tyłu. Sehun podszedł do lady i spojrzał prosto w oczy mężczyźnie, nachylając się ku niemu. Pożałował, kiedy poczuł swąd z jego ust. Z trudem powstrzymał się od wykrzywienia twarzy.
            Karczmarz uśmiechnął się z kpiącym zrozumieniem.
            - Pozwoli mi jaśnie pan zgadnąć, od kogo usłyszał szanowny Inkwizytor takie wieści. Pewno Luhan głupstw naopowiadał – mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą.
            Sehun skinął twierdząco głową.
            - Ten chłopak całkowicie oszalał – krzyknął jakiś mężczyzna. Oh obrócił się w jego stronę i spojrzał na głośnego śmiałka. Chłop pod ostrym spojrzeniem Sehuna, zgarbił się i chciał cofnąć ponownie w tłumek.
            - Nazywasz się jak? – Oh zapytał o imię. Powoli zapamiętywał twarze wszystkich.
            - Stefan, panie – wieśniak niemal dotknął ziemi swoją czapką, kiedy robił ukłon.
            - Mów Stefanie. Dlaczego oszalał? Kto to właściwie jest? – zapytał ostro. Mężczyzna zaczął się trząść, przełykając nerwowo ślinę.
            - Cholerka wie – piskliwym głosem odpowiedział Stefan – Gdy tylko przybył ludzie zaczęli być nerwowi. I opowiada co niektórym głupstwa! – krzyknął, widocznie wprawiając się w oskarżanie – Kręci się przy babce i jej pewno miesza w głowie.
            - Jakie głupstwa? – głos Sehuna zrobił się cichy, tak że i w izbie zapanowała cisza, przerywana jedynie kwileniem prosiaka, który wiercił się w poszukiwaniu resztek. Wprawiał się w swój ulubiony rytm. Przesłuchań.
            - Aaaa… - wieśniak zamilkł, szukając pomocy u towarzyszy. Każdy udawał, że czubki ich własnych butów zasługują na większą uwagę, aniżeli starania kompana.
            - Rozumiem, że wasze kobiety będą bardziej rozmownie – zagroził, dalej z opanowaniem w głosie.
            - Opowiada dookoła, że ludzie giną. Nikt go nie chce słuchać. Nikogo nam nie brakuje – tym razem głos zabrał karczmarz, widocznie czując obowiązek pomocy klientom.
            - A wiedźma?
            - To stara babka, ale tyle w niej z wiedźmy, co w nas z duchów – właściciel obleśnego przybytku machnął ręką – Wszystko plotki. Nic we wsi się nie dzieje! – powiedział dobitnie, kończąc temat.
            - Czyli nikt ostatnio nie zniknął? Babka nie jest czarownicą. Żadnego Inkwizytora tutaj nie było. A Najwielmożniejszy Biskup sam wymyślił sobie historię, z braku lepszych rozrywek. Pięknie! – Sehun zakrzyknął i klasnął w dłonie rozbawiony.
            Od zapachu stęchlizny, który przytłoczył wszystkie inne, rozbolała go jedynie głowa. Wieśniacy szli w zaparte i kłamali. Albo może robił to Luhan? Jakoś nie mógł w to uwierzyć. Jednak kto wie. Ci najbardziej niewinny, są prawdziwym cierniem. Chciałby by wszystko okazało się cholernym nieporozumieniem.
            - Prześpijcie się z tym, co gadacie mi tutaj. Jutro zaczniemy od nowa. Kto tutaj jest wójtem? – przebiegł wzrokiem po zebranych mężczyznach.
            - Ja – odezwał się karczmarz.
            Sehun uśmiechnął się. Nie trudno było się domyślić, że był najbardziej wygadany. Jak i przebiegły.
            - Zwiesz się…?
            - Phelps, panie – mężczyzna uśmiechnął się kpiąco. Oh najchętniej zdarłby z niego tą minę. Na przykład pokazując narzędzia, albo używając ich… na nim.
            - Pokój dla mnie. Kąpiel. Strawę. Na jutro również pomieszczenie do przesłuchań. I mam nadzieję, że nie stanie się nic niepożądanego w nocy – zastrzegł.
            - Wszystko jasne, wielmożny – Phelps skinął głową.
            Gdy Sehun kładł się, na pryczy, która uwierała go i śmierdziała, dalej miał nieodparte wrażenie, że coś mu umyka. Że w tej spokojnej społeczności, nie pasuje kilka istotnych elementów. Jakby wszystko zostało oderwane od rzeczywistości i toczyło się w nieprawdziwym wymiarze. I ten przytłaczający zapach. Zapach starości.
            Miał poważne plany na jutrzejszy dzień. Chciał wstać skoro świt i sam rozejrzeć się po wiosce. Kiedy jeszcze wszyscy będą spać. Cisza i spokój. Czasem tak złowrogie i nieprzewidywalne. Bo wszystkie kłopoty zaczynają się od niepewnego stanu ulotnego spokoju i zrównoważenia.
            Na wszelki wypadek, jakby jakiemuś szaleńcowi przyszło na myśl zakatrupić wysłannika Biskupa, schował sztylet pod poduszką. Łatwo było mu wyczuć obecność intruza. Do tego był wyszkolony.

EPIZOD V.

Otworzył oczy szybko, jak zwierzyna wietrząca niebezpieczeństwo. Umysł natychmiastowo otrzeźwiał. Zatrząsnął się z zimna, mimo że przykryty ciepłym pledem, nieuszczelnione okna nie sprzyjały zatrzymaniu temperatury. Miał nadzieję, że wieczorne, chłodne powietrze całkowicie zmieni zapach panujący w pomieszczeniu. Mylił się. Dalej czuł jedynie wilgoć i starość. Spojrzał na niego. Było szaro, jednak co najważniejsze cicho. Słychać było jedynie jakieś owady, które buszowały nad sufitem.
            Poderwał się do góry tak szybko, że przed oczyma mu pociemniało i musiał przytrzymać się belki, aby nie opaść ponownie na posłanie. Skończył wczorajszy chleb, który po nocy zrobił się niemal twardy. Popił winem i był gotów do bezszelestnego wyjścia z karczmy.
            Gdy znalazł się na dworze, uderzył w niego chłód powietrza. Wioska okryta była gęstą mgłą. Musiał mrużyć oczy, by cokolwiek dostrzec. Miał wrażenie, że w oddali widział ruiny. Wszędzie. Jakby znalazł się na jednym wielkim cmentarzu, pełnym domów, które swoje czasy świetności miały już za sobą. Jedną wielką mogiłę, jakby wieś była opuszczona lata temu. Gdy jednak zbliżał się do któregoś z domostw, wszystko nabierało kształtów i wyglądało normalnie. Zwykłe, nieco podupadłe domy. Jednak zamieszkane.
            Nic nie wyróżniało tej wioski od innych. Tylko ta mgła była przerażająca. Lepka maź zawieszona w powietrzu, jakby wysysała wszelkie siły witalne każdego, kto tu zawita. Czuł się przez to nieswojo. Miał wrażenie, że jego zmysły są otępione, spowolniałe. A miał przed sobą cały dzień przesłuchań. Musiał dojść prawdy. I chciał zrobić to jak najszybciej, by potem zawinąć swoje manatki i wrócić do wielkiego miasta.
            Stanął na środku wsi, tuż obok kapliczki Najświętszej Panienki. Jego koń zniknął. Nakazał również zajęcie się zwierzęciem. Zaciągnął się zapachem ziemi, przyjmując w swoje ciało sporawe pokłady zła. Tak, myślał, że to zło. Że wioska jest przesiąknięta brudem, nieczystością. Coś musiało tutaj rządzić. I nikt nie zauważył, że coś jest nie tak. Chyba że Luhan. On wydawał się jedynym, który zdaje sobie sprawę z tego, że wioseczka jest opętana. To jednak dawało kilka rozwiązań problemu i wyjaśnienia roli chłopaka w nim. Albo był odporny na wszelakie czary. Jednak to jednoznacznie mówiło, że był odporny, ponieważ dysponował większymi mocami. Torturowanie tego ciałka, by potem je spalić uważał za wielce niesprawiedliwe. Gdyby jednak do tego doszło, zrobiłby to. Drugą możliwością było to, że to Luhan jest sprawcą wszystkich nieszczęść. Czyli koniec końców chłopak kończy na stosie.
            Nie, jakoś w ogóle nie dawał wiary, jakoby to Luhan był prowodyrem całej afery. Jego przeczucie mówiło mu coś innego. Musiał tylko unormować to sobie wszystko. Określić priorytety.
            Zmrużył oczy, widząc jak jakaś sylwetka zbliża się chaotycznym krokiem w jego stronę. Szybkim krokiem, oznaczającym strach, czy chęć ucieczki. Dopiero, gdy postać zbliżyła się na odległość kilkunastu metrów, ta podwoiła się i wyraźnie zmniejszyła. Dwójka dzieci, biegnąca w stronę centrum wsi. Jakoś nawet nie chciał zgadywać, kto mógłby to być. Wiedział. Jego ulubione rodzeństwo. Sprawa była istotnie interesująca. Co dzieci robiły o świcie w wiosce? Powinny spać, opiekować się chorą matką, nie biegać w najlepsze.
            - Panie! – usłyszał krzyk Matyldy. Dziewczynka brzmiała jakby miała się rozpłakać. Tym razem to ona ciągnęła Alexa. Ten z nieodgadnionym wyrazem twarzy pozwalał na manewry siostry.
            - Panie! – zakrzyknęła ponownie, widocznie dziwiąc się, że to właśnie jego widzi. Tylko Alex pozostał obojętny.
            Sehun ukucnął przy dzieciach i spojrzał uważnie na ich twarze. Były przerażone. Jednak i tak miał wrażenie, że to wszystko na pokaz. Że udają. Chłopiec zresztą nie wydawał się zbytnio zainteresowany przejęciem siostry.
            - Co się stało? – spytał łagodnie. On sam grał dalej przyjezdnego, nie Inkwizytora.
            Matylda jak na zawołanie ścisnęła rękę brata i rozpłakała się. Łzy leciały z jej oczu, rozmazując błoto na jej buzi. Całą sukienkę miała umorusaną.
            - Babka… babka…ona – biadoliła mała, w geście rozpaczy rzucając się na kolana i zawodząc jeszcze głośniej.
            Przenikliwy płacz Matyldy musiał kogoś obudzić, ponieważ jakieś oporne drzwi z niedaleka skrzypnęły i wysunęła się rozczochrana głowa starszej kobiety. Kumoszka widząc dwójkę dzieci w opłakanym stanie i Sehuna – mężczyznę, który nie wyglądał, jakby miał dobre intencje co do nich – zakwiczała jak zarzynany świniak i wybiegła na bosaka, krzycząc w niebogłosy, że krzywda się dzieje. Oh wyprostował się i skrzywił słysząc głos kobiety. Biegła ku nim, machając obfitym biustem, którego nie zdążyła usztywnić. Nawet by się uśmiechnął na widok dwóch dużych półkul, gdyby kobieta wyglądała schludnej i nie krzyczała aż tak bardzo.
            - Coś ty robisz tym dzieciaczkom! – zakrzyknęła kobieta, już niemal zamachując się na Sehuna. Ten zrobił krok do tyłu, tak że kumoszka zatoczyła się z lekka – Ludzieeeee! – zaczęła lamentować.
            Zacisnął zęby i nie mogąc wytrzymać, zamachnął się i otwartej dłoni uderzył krzykaczkę. Kobieta wytrzeszczyła szeroko oczy i zamilkła. Tak samo i dziewczynka, w której oczach zaczęły igrać niebezpieczne błyski.
            - Zamknij się kobieto – warknął zdenerwowany – Nie wiesz z kim masz do czynienia!
            Z pobliskich domostw wyszło kilka osób, w tym mężczyzn, z którymi miał wczoraj do czynienia w karczmie. Rozejrzał się dookoła, wieśniacy z małym przerażeniem w oczach, jednak zaczęli zbliżać się do niego. Tylko tego mu brakowało. Całego tłumu zainteresowanych i służących radą, kiedy wolał porozmawiać z dziećmi sam na sam.
            - Co robisz? – jakiś wieśniak podszedł do wrzeszczącej kobiety i złapał ją mocno za ramię – Nie wiesz kto to jest – warknął już ciszej, co nie umknęło jednak Sehunowi.
            - Co się stało? – dalej spokojnie, jednak już ostrzejszym tonem zapytał rodzeństwo. Nie zwracał w ogóle uwagi na tłum, który zebrał się dookoła niego. Nimi zajmie się później.
            - Babka… - Matylda rzewnym głosem wskazywała tylko swoją rączką w głąb wsi.
            - Nie żyje – wyszeptał Alex, a jego siostra zakryła sobie uszy, słysząc te słowa.
            Wątpił, by zwykła śmierć aż tak zdruzgotała dzieci. Co jednak tyczyło się Matyldy, chłopiec pozostawał w dalszym ciągu obojętny. Był ciekawy dlaczego.
            - Starsi ludzie umierają – spokojnie powiedział Sehun.
            - Ktoś jej pomógł… umrzeć – dodał chłopczyk, spuszczając głowę. Dopiero teraz dostrzegł ból na jego twarzy.
            Po grupce rozeszły się słowa Alexa. Gruba kobieta, która naskoczyła na niego pierwsza, teraz lamentowała w najlepsze. Spojrzał na nią srogo, dopiero wtedy zaprzestała swoich jęków.
            Najpierw postanowił zająć się denatką. Dopiero później przesłuchać dzieci. I zająć się całą resztą. Śmierć starszej kobiety, całkowicie zmieniła jego plan działania.
            - Kto zaprowadzi mnie do tego domu? – odezwał się donośnym głosem, patrząc uważnie na wieśniaków. Nikt nie wydawał się chętnym, chociaż doskonale widział błyski ciekawości w ich oczach.
            - Ja – usłyszał za sobą słaby głos. Gdy odwrócił się, ujrzał Luhana. Uśmiechnął się szczerze na jego widok. Trwało to jednak tylko kilka sekund, po czym ponownie przywdział maskę srogości.
            I on musiał być zdruzgotany wiadomością, jednak to u niego objawiało się szczerze. Tak przynajmniej wywnioskował, widząc jego minę. Z tyłu za sobą, słyszał pogardliwe prychnięcia.
            - Może ktoś jeszcze? – odwrócił się w stronę tłumku – Dajcie mi tu wójta. Idzie z nami – rozkazał – Gdzie jest Phelps?
            - Śpi, panie – odezwał się jakiś mężczyzna.
            - To go obudzić! – ryknął rozzłoszczony.
            - Kim to w ogóle jest, że się panoszy? – odezwała się jedna z kobiet.
            - Obudzić mi go kurwa. Nie pytać. Chyba, że wszystkie chcecie znaleźć się w moim pokoju przesłuchań! – zakrzyknął pełen złości.
            Po grupce przeszedł szmer głosów, z których wyłapał niespokojne słowa „Inkwizytor”. Zrobił krzywą minę, która miała przypominać uśmiech wyższości.
            - Idziemy – zwrócił się do Luhana – Zebrać mi wszystkich w karczmie. Wszystkich! – zażądał – Jak wrócę, zaczniemy rozprawiać na ten temat. A niech ktoś mi nagle zniknie – zagroził Sehun – I sprowadzić tego obiboka wójta – dodał.
            A dzień zapowiadał się być taki spokojny. Zaplanował jedynie małe przesłuchanie ludności, by mieć jakiś ogląd na sprawę. Znaleźć ewentualnego sprawcę, grzesznika. A zamiast ciepłego pomieszczenia, w którym by siedział i popijał wino, sprawiono mu morderstwo. W jakiejś chacie z dala od innych domostw.
            - Nie jesteś zadowolony, prawda? – chłopak szedł jakiś czas w milczeniu, co i Sehunowi było na rękę. Nie musiał się odzywać. Potrzebował jedynie przewodnika, nie kompana do rozmowy. Luhan sprawiał, że czuł się nieswojo. Jakby jego serce ożyło i zaczęło bić normalnym tempem. Nie chciał tego. To dzieciak. I dzieciak męskiej płci. Nic mu po takim.
            - Dalej krnąbrny – mruknął Oh, kiedy młodzieniec ponownie nic nie robił sobie z odpowiedniej etykiety.
            - Może uważam, że jesteśmy na jednej stopie – Luhan wzruszył ramionami, przyspieszając kroku i wymijając Sehuna, by pokazać mu drogę.
            Oh zmarszczył brwi i złapał młodzieniaszka za ramię. Odwrócił go ku sobie i przyparł do pobliskiego drzewa. Jego kruche ciało z trzaskiem uderzyło wilgotny pień. Sehun uśmiechnął się krzywo, z szaleństwem w oczach.
            - Równi? – prychnął lekceważąco.
            - Przed Bogiem każdy będzie równy – odpowiedział spokojnie Luhan – Bez różnicy ile pieniędzy posiadasz w sakiewce, ani jakie tytułu zostały ci nadane. Staniesz nagi, pokazując swoje nieczyste ciało. Bez strojnych szat, bez brzęczących monet.
            Jakby słyszał słowa swoich kompanów. Mądra bestia.
            - Masz rację. Tylko Bóg jest tam – wskazał palcem w niebo – A tutaj jest brutalny, okrutny świat. Gdzie jesteś nikim, bo mieszkasz na pierdolonej wsi. Nie znasz dnia, ani godziny a ludzie zrobią cię czarownikiem, demonem i skończysz skomląc swoje grzechy i przyznając się do całego zła tego świata. A moim zadaniem będzie oczyścić cię z grzechów… ogniem – zakończył zadowolony ze swojej przemowy.
            - Skąd wiesz, że jest? – usłyszał tylko cichy głos Luhana. Ni przestraszony, ni zdruzgotany tym co usłyszał od Sehuna. Otrzepał się i jak gdyby nic ruszył przed siebie – Jak wczorajsze zapoznanie z mieszkańcami? – zapytał od niechcenia.
            - Ciekawe – odburknął Sehun, zrównując krok z chłopaczkiem – Dowiedziałem się, że kłamiesz – zdołał opanować swój głos, nadając mu charakterystyczny ton skrytych przesłuchań.
            - I wierzysz w to? – dziwił się spokojowi Luhana. Był jedyną osobą, która mogłaby się z nim równać.
            - Masz całą hordę wieśniaków przeciwko sobie – wolał na razie nie dzielić się swoimi przypuszczeniami co do chłopaka. Za każdym razem młodzian lądowałby na stosie, zaznajamiając się z płonącymi drwami.
            - No to chyba nie ma dla mnie ratunku – mruknął Luhan, jakby zupełnie nie przejęty, że może skończyć źle.
            - Wiem, że nie tylko oni nie mówią mi całej prawdy. Czy ta kobieta naprawdę była czarownicą?
            - Plotki – krótko odpowiedział.
            - Coś ją musiało zabić – odparł z przekąsem Sehun.
            - Dlaczego zakładasz, że to było coś? Ludzie to wystarczające bestie. Bezlitosne i żądne krwi.
            - Trafmy na miejsce, a powiem ci czy to człek czy bestia.
            - Zważ na to – napomknął Luhan – Pojawia się Inkwizytor. Ginie niewinna osoba.
            - Pozwól mi ocenić, czy była niewinną. Co o niej wiesz? Jak się nazywała?
            Widział jak chłopak się uśmiechnął. Musiał zostać przejrzany. A jego małe śledztwo kontrolowane. Luhan był bystrzejszy niż myślał.
            - Gertruda – odpowiedział od niechcenia Luhan – Uczyła mnie przyrządzać leki. Opiekowała się mną. Mieszkam tutaj sam. Była mi bliska.
            - Twoi rodzice?
            - Widzę, że bawimy się w przesłuchanie Inkwizytorze. Pytałem cię o twoje imię?
            - Nie wiem. Nazywam się Oh Sehun – odpowiedział – Twoi rodzice?
            - Więc witaj, Oh Sehunie – Luhan skinął głową – Kimkolwiek byli, nie zdążyłem ich poznać – odpowiedział obojętnie, nonszalancko wzruszając ramionami.
            - Staruszka otruła kogoś? Zaczarowała? Skoro ludzie mieli do niej tyle niechęci, to powinni sami ją skazać. Tak się dzieje w małych wioskach – westchnął Sehun.
            W myślach dodał, że mogli to zrobić wcześniej, wtedy nie miałby dodatkowej sprawy na głowie.
            - Widocznie ktoś się tym zajął – mruknął chłopak.
            - Nie wyglądasz na osobę szczególnie przejętą jej śmiercią – bystrze zauważył Sehun. Tak bardzo chciał wyprowadzić tego chłopaczka z równowagi. By pokazał swe prawdziwe oblicze.
            - To że nie lamentuję, nie znaczy że nie znaczyła dla mnie wiele. Jestem po prostu opanowany, skryty – wyjaśnił Luhan.
            Sehun uśmiechnął się cierpko. Machnął ręką, wiedząc że nie dowie się zbyt wiele o prywatnym życiu młodzieńca. Usłyszał za sobą jakiś dźwięk i natychmiast odwrócił głowę. Z daleka zobaczył zamazaną sylwetkę. Mgła nadal wszystko przesłaniała, dając błędny obraz rzeczywistego świata. Był jednak pewien, że to wójt. Słyszał dyszenie człowieka, który biegnie, a na pewno stara się iść szybko. Karczmarz – wójt był otyły. To by się zgadzało.
            Również Luhan się zatrzymał i zaciekawiony wpatrywał w to samo miejsce co Sehun. Chłopak nie mógł tego widzieć. Więc albo udawał, albo ukrywał znacznie więcej.
            - Witaj, panie – wysapał Phelps, kiedy po dłuższej chwili doczłapał się do Sehuna i Luhana. Z jego czoła lał się pot, chłop widocznie nie miał zbyt wielu okazji do biegania, czy nadmiernego wysiłku – Co on tu robi? – zapytał od razu z oburzeniem. Maska pewnego siebie wieśniaka, który pozjadał wszelkie rozumy na chwilę się osunęła. Widział teraz na twarzy mężczyzny nienawiść. Udał, że niczego nie widzi.
            - Dobrze się spało, Phelps? – zakpił, a chłop zarumienił się jeszcze bardziej. Teraz jego twarz wyglądała jak dorodny burak. Wybąkał coś na przeprosiny.
            - O co właściwie chodzi? Stara wiedźma umarła? – wieśniak odzyskał rezon i spojrzał na Sehuna butnym wzrokiem – Kobiety wparowały do mojego domostwa i lamentować zaczęły, że mord, że wszyscy na stos pójdą. Jaśnie Wielmożny, o co chodzi? – słychać było niepokój w głosie karczmarza. I on, tak jak sam Sehun wolał nie usłyszeć o tej sprawie. I dal niego to oznaczało kłopoty.
            -  Wszystkiego się dowiemy, kiedy trafimy na miejsce – spokojnie wytłumaczył Sehun – Mam nadzieję, że nikt tam nie trafi. Znaczy na stos – uściślił – Wy to od razu myślicie, że lubujemy się w paleniu ludzi. Błąd! – podniósł palec do góry – My tylko pomagamy zbliżyć się wam do Boga! A że wybieracie ścieżkę kłamstwa, to i jest ona bolesna – zakończył zadowolony swój wywód.
            - Chodźmy już – tak zakończył całą przemowę Sehuna Luhan, ruszając naprzód.
            Mgła nadal rozpościerała swoje macki nad całą okolicą. Sehun musiał przyznać, że zmarła kobiet wybrała sobie osobliwe miejsce na zamieszkanie. Jako, że wieś sąsiadowała z lasem i bagnami, starucha ulokowała się na samym skraju. Odgradzając dziką naturę od cywilizacji. A raczej jej marnego zalążka.
            Domostwo nie wyróżniało się niczym specjalnym. Niemal wtapiało się w krajobraz i tylko uważne oko dostrzegało w stercie drewna jakikolwiek dom.
            Podeszli pod same drzwi, które pokryte były pleśnią i grzybami. Sehun miał ochotę zapukać, nawet jeśli wiedział, że nikt pod drugiej stronie mu nie odpowie. Nie było klamki, więc jedynym wyjściem pozostało pchnąć furtę.
            - To co? Zaczynamy? – zwrócił się do swoich towarzyszy – Czekacie? Czy wchodzicie ze mną?
            Phelps swoimi świńskimi oczkami świdrował otoczenie, pragnąć widocznie przejrzeć mury na wylot. Luhan ze spokojem na twarzy skinął głową.
            Sehun pchnął drewniane drzwi, te jednak nie chciały puścić. Było to dziwne. Nie mogły przecież być zamknięte od środka. Naparł na niesforne kawałki drewna całym ciałem i dopiero wtedy deski dały za wygraną, skrzypiąc niemiłosiernie.
            - Wejdę pierwszy – zakomunikował kompanom i wcisnął się w powstałą szczelinę.
            W środku było duszno i stosunkowo ciemno. Kilka kroków dalej palenisko powoli dogasało. Stanął przy ścianie, czekając chwilę aż jego oczy się przyzwyczają. Jednak i bez zmysłu wzroku, mógł stwierdzić, że odbyła się tutaj niezła rzeź. Jego powonienie czuło krew. Ogromne ilości krwi. Nawet gdy stanął na kamiennej podłodze, stąpnął akurat na jakąś kałużę. Chciałby, by była to tylko woda.
            Usłyszał hałas za sobą i odwrócił się w stronę szpary w drzwiach. Phelps naparł całym swoim ciężarem na nie i puściły zupełnie. Karczmarz zaskoczony wpadł do środka, wraz ze światłem, które ukazało mrożącą scenerię.
            Jednak aż takiej jatki się nie spodziewał. Zrobił kilka kroków do przodu i poczuł jak nadepnął na jakiś kawałek ludzkiego ciała. Wszystko, dosłownie wszystko oblepione było krwią. Ta nie zdążyła jeszcze porządnie stężeć, dlatego zapach był niesamowicie intensywny, a pojedyncze krople skapywały z niskich ścian. Jednak sam widok krwi mógłby przeboleć. Spotykał się z nim aż nazbyt często. To co go bardziej zdruzgotało, jednak nie dał tego po sobie poznać,  to widok całej reszty.
            To nie mógł być człowiek. Jeszcze nigdy nie widział takiego okrucieństwa. Zdarzało się oczywiście prowadzić mu sprawy, gdzie ludzkie ciało było rozczłonkowane. Jednak w znacznej większości, były to kawałki większe. Ot oderwane nogi i ręce, czasami nawet głowa. Nigdy nie widział takiej układanki z ludzkiego ciała. Gwoli ścisłości, rozrzuconej układanki. Poszczególne kawałeczki ciała walały się po podłodze, a wnętrzności w mniejszej części zdobiły ściany. Największe wrażenie zrobiły na Sehunie jelita, które jak wstęga zwisały z belki przylegającej do sufitu. Wisienką na tym krwawym torcie była głowa staruszki, z pustymi oczodołami, leżąca spokojnie na środku izby, tuż obok paleniska.
            Usłyszał krzyk wójta. Zafascynowały widokiem zupełnie zapomniał o Phelpsie. Odwrócił się w stronę mężczyzny. Ten leżał ogromnym brzuchem na drzwiach i próbował wstać. Miał obłęd w oczach. Gdy oparł się na dłoniach, te zaczęły ślizgać się na powierzchni od krwi. Wrzask zrobił się głośniejszy, a wraz z nim gorączkowa modlitwa mężczyzny. Spojrzał na Sehuna i widocznie widząc jego obojętność co do obrazka, zwymiotował pod siebie.
            - Idealnie. Zapach krwi, rozprutego ciała i wymiocin – skrzywił się – Luhan! – zakrzyknął, kiedy nie zauważył chłopaka – Wyciągnij stąd wójta.
            - O mój Boże – usłyszał szept, kiedy chłopak wszedł do środka.
            - Tylko ty tutaj nie wymiotuj, proszę – z pokorą dodał Sehun i spojrzał na chłopaka. Wydawał się być zdruzgotany, jednak nic poza tym. Zero przerażenia, zero uczuć. Tylko zaciśnięte zęby i pięści.
            Jednak nie wpatrywał się w reakcje Luhana, tylko powrócił do zaiste interesującego widoku, który się przed nim roztaczał.
            - Miałem rację. Coś ją zabiło. A raczej rozsiekało – rzucił z przekąsem Oh.
            - Człowiek? – słaby głos Luhana wytrącił go z zamyślenia.
            - Na pewno – skinął głową – Jak mniemam wszystkie kawałki ciała pozostały na swoim miejscu. Cóż, ciężko będzie je odtworzyć… jednak to nie mogło być zwierzę.
            Spojrzał jeszcze raz na miejsce zbrodni. Nie zauważył żadnego rytualnego ułożenia. Żadnych znaków. Jakby mord był całkowicie przypadkowy. Jednak przypadkowo to wbija się sztylet w plecy czy serce, a nie szatkuje jak kapustę ciało.
            - Wyjdźcie – rozkazał – Rozejrzę się jeszcze tutaj.
            Poczekał aż Luhan wyprowadzi wójta. A raczej kupę mięsa, która trzęsła się jak galareta. Dopiero wtedy przeszedł całe pomieszczenie i pochylił się nad półkami, które oprócz tego, że pokryte kurzem, znajdowały się na nich liczne buteleczki. Podniósł pierwszą lepszą i odkręcił korek, wąchając zawartość. Zioła. Kolejna dała podobny wynik. Wiedział jednak doskonale, że od zielarstwa do czarnej magii jest był jedynie jeden mały kroczek. I nietrudno było go przekroczyć.
            Miał zamiar przekopać całe domostwo. Jednak zanim to nastąpi, miał zamiar rozkazać posprzątania tego bałaganu. Nie miał zamiaru paprać się w krwi. Jak i w międzyczasie musiał przesłuchać rodzeństwo, jak i innych mieszkańców, z którymi stara Gertrud miała styczność.
            Jedno było pewne. Czekało go długie popołudnie.
            Wyszedł na zewnątrz i ukucnął, wycierając zakrwawione dłonie o trawę. Spojrzał na swoich kompanów. Wójt całkowicie  się rozkleił i szlochał, zwinięty w sporawych rozmiarów kulkę. Złapał wzrok Luhana. Widział w jego oczach zrozumienie. Tak jakby młodzieniec go pocieszał, dawał otuchy. A powinno być odwrotnie.

            Mgła nadal nie ustępowała. Mimo że podniosła się o kilka centymetrów do góry, nadal sprawowała pieczę nad całą okolicą. Niebezpieczna, zwodnicza, kłamliwa. 

10 komentarzy:

  1. O, dodałaś <3
    Wybacz krótki komentarz, ale ręka mi już odpada xd
    Lubię postać Sehuna :D Lubię takich twardych, stanowczych <3 Zastanawiają mnie kłamstwa wieśniaków. Czyżby brali w tym udział? Niepokoi mnie też ta mgła. W niej coś jest! ><
    Ojojoj, Sehun już myśli o Luhanie trochę cieplej <3
    Właśnie, kim jest Lu? O.o
    Weny życzę! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy pomysł na opowiadanie,lubię takie klimaty:) Zastanawia mnie o co w tym wszystkim chodzi i im dłużej myślę tym przychodzą mi do głowy coraz dziwniejsze pomysły...zobaczę w dalszej części:) fajnie przedstawilas Sehuna,wladczy,silny,trochę fanatyczny,Luhan kompletna tajemnica. Chyba najgorsza jest ta dwójka dzieciaków,z nimi ewidentnie jest coś nie tak...życzę dalszej weny i do zobaczenia przy następnym:) zaczek

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz już chciałam Ci pisać na twitterze, że z chęcią bym skomentowała, ale nie mam po prostu sił, a chciałabym napisać Ci naprawdę ładny i długi komentarz takie, jak ostatnie, ale… W ostatniej chwili się powstrzymałam. Głupio mi tak jakoś. I już widzę, że ten komentarz będzie kompletnie pogmatwany, a jego składnia leży i kwiczy. To nic, chcę Cię jakoś zdopingować, widząc jak mało ludzi nadal komentuje.
    Dobrze, może pierw zakończenie TaoRisa. Jakie ja mam zaległości… Matko. No nic, wracając do właśnie tego opowiadania. Faktycznie, jak dla mnie z Mike i Seo InGukiem było wciśnięte na siłę, aby skończyć, aby do czegoś z nimi dojść. To mogłaś ciut inaczej rozegrać, no ale już nie jest to istotne. Co do głównej pary… Nie spodziewałam się takiego zakończenia, naprawdę myślałam, że w ich przypadku zrobisz jakiś dramat, że się nigdy nie spotkają, niby łączyło ich jedynie coś fizycznego. Jak dla mnie mogłabyś napisać jeszcze jeden rozdział, bo czemu nie? Więcej opisów uczuć YiFana, rozterek Tao, czy Kris go przyjął, czy jak to się skończyło. Z drugiej strony to otwarte zakończenie jest, a zdarza się to w niewielu przypadkach. Inaczej czytelnika ogarnia frustracja i pragnie za wszelką cenę dowiedzieć konkretnie, co się wydarzyło. Tu nie ma aż takiej potrzeby. Ogólnie opowiadania strasznie mi się podobało, zwłaszcza, że Taoris to już rzadkość, a jeszcze na początku było niezwykle popularne, szkoda. Klimat zupełnie inny, niefluffiasty, pomysł niebanalny, bo mimo wszystko nie dało się niczego przewidzieć i to jest to.
    Dobrze, a teraz ‘Łowca Cieni’. Nie wiem, jak można nie komentować tej kilkopartówki. Dobrze, może to nie jest SHINee, zaś na exo ostatnio jest takie boom, że głowa mała. Osobiście mam już dość ff o nich, bo wszystkie są już na jedno kopyto, niezwykle przewidywalne, tęsknię za 2min, JongKey i tak dalej, bo naprawdę pokochałam te pairingi, a JongKey zwłaszcza dzięki Tobie. Mimo wszystko, tej niechęci do exo, jakoś polubiłam HunHan, szkoda tylko, że oni nie się już prawdziwi, a jest jakieś wkurzające XiuHan, no nic, takie cierpienie fanek. Cieszę się jednak, że stworzyłaś o nich ff, niezwykły, należy podkreślić. W pierwszym parcie napisałaś, że próbujesz zupełnie nowego, innego stylu. Zmartwiło mnie to, bo z początku ciężko było mi czytać, ale z czasem mój mózg jakoś zaczął łączyć wszystko w logiczną całość i im dalej brnęłam w tekst tym robił się on bardziej klarowny. Teraz już nie mam problemu z jego czytaniem, a wręcz sprawia mi to niezwykłą przyjemność. Nie wiem, czy gdziekolwiek indziej spotkałam się z takim stylem… Znaczy, na pewno nie w świecie ff. Kojarzę jedną autorkę, która pisze, a raczej pisała, opowiadania autorskie, u niej też akcja utworu przenosiła się w zamierzchłe czasy, mimo to i tak Wasze style się różnią. Ogólnie… Skąd pomysł na taki twór? Jestem pod wrażeniem, masz dobre rozeznanie. Za każdym razem, po doczytaniu do pewnego fragmentu byłam pod wrażeniem opisów, były niezwykle rozbudowane i bogate w rzadko spotykane słownictwo. Tu oklaski.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podoba mi się charakter Sehuna oraz to jak opowiadasz wszystko jego oczami, aczkolwiek w trzeciej osobie. Te opisy tortur… Jego bezlitosność w imię Pana. Coś niesamowitego, nadal to podziwiam. I nie mogę się doczekać niestety ostatniej części. Szkoda, bo chciałabym by było dłuższe… Ale w zamian napisz długą trzecią część, dobrze? Nie chcę czuć niedosytu, szczególnie w tym opowiadaniu, które pod względem oryginalności i trudności językowo-fabularnej jest Twoim najlepszym. Niezwykle się rozwinęłaś, a wiesz, że miałam okazję pod rząd czytać wszystkie Twoje opowiadania. Wtedy pisałaś naprawdę dobrze, a teraz już przechodzisz samą siebie. Wiem, że na siłę nie będziesz ciągnąć Łowcy Cieni, ale pociesza mnie fakt, że niebawem wystartujesz z 2minem, moje serce się raduje, hah. Mam nadzieję, że nie będziesz kazać nam długo czekać na kolejne rozdziały, bo mnie osobiście już ciekawość zjada od środka, szkoda tylko, że inni tego nie okazują, bo wtedy zapewne miałabyś większy doping.
    Na koniec jeszcze raz przepraszam; za to, że nie komentowałam i jest mi wstyd za swój brak chęci, ale niestety mam taki okres, i jeszcze za ten komentarz, który jest jednym wielkim nieładem, ale chociaż się starałam, bo dla tego HunHana naprawdę warto. Oby tak dalej, Moja Droga. Świetnie idzie Ci szlifowanie swojego warsztatu, nic tylko Ci gratulować. Mnie zostaje życzyć Ci dużo weny, chęci i zapału do pracy, by tego nigdy Ci nie zabrakło.
    Hwaiting~ c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojjjj, niezmiernie dziękuję :)) No i nie sposób nie odpowiedzieć na tak rozbudowaną opinię, a robię to niezwykle rzadko. Uwielbiam sama czytać książki w takim klimacie, dlatego raz powstała myśl w mojej głowie, a czemu by nie spróbować czegoś takiego? Osobiście również uważam to opowiadanie za najbardziej wartościowe i najlepsze. Mogłabym oczywiście negować Twoje uznanie, że nie umiem pisać. Jednak cholernie irytuje mnie takie podejście u innych autorek. Dlatego publikuję kolejne historie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że mam co pokazać innym :DD Co do Łowcy, to jedyne opowiadanie, przy którym spędziłam tyle czasu rozmyślając nad fabułą i dopracowując ją, dlatego tym bardziej cieszę się, że chociaż niektórym przypadło do gustu, mimo trudnego języka i niebanalnej formy.

      Szkoda tylko, że moi czytelnicy są w większości takimi leniami :P

      Mam nadzieję, że nie zawiodę i z nadchodzącym 2minem, mimo że powrócę do standardowej formy romansidła. Jednak mam nadzieję, że i tym razem uda mi się zaskoczyć. Bo mam spore plany związane z tą historią

      Pozdrawiam i dziękuję <33

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. A ja chcę komentarzy, wyjazdu do Korei i czekolady.

      +18? Proszę. http://opowiadaniaerotyczne.pl/ Idealne porno.

      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. O tak ♥ zdecydowanie podoba mi się ten rozdział xd to przez moje zamiłowanie do obrzydzających scen, rzeczy, opisów itp. Więc kocham cię za opis wyglądu domu staruszki *-*
    Co do reszty rozdziału , znów przeraziła mnie ilość opisów -.- mimo to czytałam dzielnie, bo bardzo wciągający wytwór :)
    Co tam jeszcze... Ciekawi mnie bardzo kim jest Luhan i jaki ma związek z tym co się dzieje w wiosce.
    Lecę dalej, bo umrę z tej nie wiedzy :)
    Pozdrawiam, Nottek. ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    bardzo podoba mi się postać Sehuna, takiego twardego faceta... zastanawiają mnie wieśniacy i te ich kłamstwa, niechęć do Luhana i w zasadzie kim on jest.... a mgła wydaje mi się, że ma coś z tym wspólnego...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  8. woow *---* super!

    OdpowiedzUsuń