piątek, 10 stycznia 2014

Łowca Cieni - Part I [Hunhan]

Witajcie. 
W sumie, to jestem ciekawa jak przyjmiecie tego oneshota, a ściślej dwupartówkę. 
Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich porwie ten styl. Zainspirowana jednak twórczością Jacka Piekary i tym zdjęciem, poczułam nagłą potrzebę skrobnięcia właśnie tego opowiadania. Druga część pojawi się kiedy będę miała czas ją napisać, czyli najpewniej po sesji. Jednak mam nadzieję, że tak Wam się spodoba, że poczekacie na mnie. 

Przypominam o zakończeniu Dangerous i o tym, że oczekuję aktywności od Was tym razem. 

Pozdrawiam i do zobaczenia

PS. opowiadanie nie poprawiane. 

http://bbbreakfast.tumblr.com/post/38307341363/u-3-this-is-for-stacy-also-goes-along






Epizod I.
            Oh Sehun wybrał chyba najgorszą z możliwych profesji. Nie dającą nic oprócz satysfakcji i myśli, że pomaga biednym duszyczkom nawracać się na właściwą drogę. Oczyszczenie, takie hasło przyświecało mu jego idei. Był Inkwizytorem i tępił wszelkie bezbożne akty i poczynania, równie bezbożnych ludzi.
            A bycie na łaskach Wielkiego Biskupa, nie było niczym łatwym, a na pewno nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy. Zawód kiepsko opłacany i pełen znoju. Często musiał posilać się jedynie czerstwym chlebem, tak bardzo stającym kością w gardle – mimo, że był przyzwyczajony do takiego stołowania – zakrapianym młodym winem, którego pochodzenia wolał nie znać z wszelkie skarby świata. Kilka złotych monet miesięcznie, za które musiał przeżyć, nie wystarczały na wszelkie uciechy doczesnego świata, których chciał posmakować. Żył więc ubogo, w myśli nieustannie mając wizję Nieba, do którego niebawem trafi.
            Niebawem. Tak jak wszyscy. Życie na tym plugawym świecie, było krótkie. Ludzie marli w przerażającym tempie jak muchy, i mało kto dożywał sędziwego wieku. Chyba, że pustelnicy, albo mieszkańcy maleńkich wiosek, zaszytych głęboko w lesie. Cóż to jednak za życie, kiedy jesteś wykrzywiony starością, a najmniejszy ruchu powoduje skrzypienie twoich starych kości? Żadne.
            Może, czym zajmował się Inkwizytor? Tak, to odpowiednie – jak nie kluczowe – pytanie. Wiedźmy, czarownicy, demony i potwory z Piekła, tym się zajmował. Jak i kuglarze imitujący ciemne moce. Jak i myśl o Złym i o tym, że można by było mu służyć. Bo zamyślunek jest najbardziej zdradliwy. To on napędza ludzi do działania. I czyni z porządnego karczmarza, wampira, który ubzdurał sobie, że żyje jedynie dzięki krwi. To nie należało do jego obowiązku. Oczywiście, zajmował się i takimi sprawami, które uważał jednak za godzące w jego profesję. Po odkryciu jednak prawdy, przekazywał winnego radzie  miasta, by ci zakuli go w dyby czy powiesili. To już go nie interesowało. Bywało jednak, że za makabrycznymi zbrodniami, stał rzeczywiście jakiś potężny rytuał. I wtedy on przejmował pieczę nad śledztwem. Badał, dochodził po kolei kto i z jaką mocą jest powiązany. Działał inaczej niż inni jego pobratymcy, którzy działali impulsem i wszystkich posłaliby najchętniej na stos. Zdarzało się, że tak niszczono całe wioski, torturując ludzi – a ściślej ujmując, przeprowadzając śledztwo. Bo przypalany człowiek, rozłożony na stole z narzędziami, przyzna się do wszystkiego. I żeby tylko do czczenia Diabła, nawet do tego, że jest krową, osłem czy innym zwierzęciem.
            Nazywany był Łowcą. Łowcą Cieni. Wśród kompanów, każdy miał swój przydomek i mimo, że używał powszechnie swojego przybranego imienia - Oh Sehun, dodatkowe miana miały bardzo ważne znaczenie. Oznaczały szczególne zdolności. Inkwizytorem nie można było zostać od tak. Nie było żadnych zapisów, których termin obwieszczałoby się publicznie. Mogłeś zostać wdrożony w ten niebezpieczny świat, mając zaledwie kilka lat, albo jako dorosły mężczyzna. On sam był rzeczywiście Łowcą. Widział to, co dla zwykłego oka jest niedostępne. Ludzie nazywali to aurą. Wyczuwał, kto jaki jest. Widział co zrobił w swoim życiu, czy były to czyny złe i pohańbione, czy jego nić poprzeplatana była jedynie dobrymi uczynkami. Nie zdarzyło się jednak spotkać mu takiej osoby. Ludzka dusza jest do cna przesiąknięta nienawiścią, gniewem i złem, nawet jeśli ukrytym.
            Był poważany w gronie Inkwizytorów. Miał za sobą ogrom pozytywnie rozwiązanych spraw, gdzie nieszczęśnicy mogli w spokoju doznać łaski spalenia, po uprzednim wyznaniu swoim win. Było jednak i kilka takich, które wyryły nieprzychylne rysy na jego życiorysie, i o których starał się zapomnieć.
            Grono Inkwizytorów, było stosunkowo małe. Rządziło się swoimi prawami, które były restrykcyjnie przestrzegane. Gdy zaczynał działać dostojnik Inkwizycji, za nic miała się lokalna władza, aż do wyjaśnienia postępowania. Gdy przybywał Inkwizytor, rozmowy cichły i tylko powiewający czarny płaszcz, był jedynym odgłosem. Nie rozumiał tego. Błędnego przekonania, że są ludźmi złymi. To on szukał ludzi złych. To on oczyszczał świat ze zła. A że spalił przy tym czy uszkodził kilku podejrzanych? No cóż. Błędy zdarzają się najlepszym, prawda?
            Sam Oh Sehun, starał się nie wyróżniać od spieszącego się tłumu. Chodził ubrany normalnie, służbowe szaty zakładając, gdy było to tylko konieczne. Wolał sobie nie przysparzać tym samym kłopotów. Bo nie zawsze dla Inkwizytora było miejsce do spania. Chociaż, przynosiło to znaczne korzyści dla karczmarzy. Nie musieli się martwić o burdy, jak i znaczna liczba morderstw czy kradzieży spadała.
            Był młody. Jednak tak zgorzkniały życiem, że wydawał się mieć o wiele więcej lat, anieli było to zaznaczone w jego metryce. Oh  Sehun trafił do Akademii, mając zaledwie kilka lat. Mały chłopiec wchodzący w krąg szarych murów. Świat, odrębne życie, tak bardzo oddzielony od pospólstwa. Nie pamiętał swojej matki. Pamiętał jedno, był zawsze głodny. To uczucie ściskające żołądek. Patrzenie na inne dzieci z sąsiedztwa, które bawiły się i wyśmiewały z niego. Dowiedział się nieco później, czym kobieta się zajmowała, oczywiście od braci Inkwizytorów. Prostytuowała się. On był dzieckiem niechcianym, którego nie dało się usunąć. Akademia stała się jego jedynym domem. Nie znał innego życia, tylko to, pogrążone w ascezie i bogobojności. Ascezie, która minęła wraz z opuszczeniem murów szkoły i włączeniem się do realnych spraw. Człowiek jest przecież tylko małą trzciną, targaną przez nieprzychylny los i kuszoną. Nie tyle przez diabelskie moce, co uroki życia doczesnego. Uroki! Dobre sobie. Przyjemności, dostosowane do ilości złotych monet w sakiewce. A że nie bywało ich wiele, dlatego teraz zmierzał do swojego małego, brudnego pokoiku, w jednej z najgorszych spelun, jakie działały w tym mieście.
            Przeciskał się przez tłum, który wody nie widział od kilku dobrych miesięcy. Mógł z powodzeniem tak stwierdzić, czując brud co niektórych ciał. Tonął po kostki w błocie, karczma, w której sypiał, nie znajdowała się w jednej z najlepszych dzielnic, a wręcz przeciwnie. Nie radził nikomu wychodzić na ulicę po zmroku, chyba że chciał się znaleźć w kałuży krwi, z wbitym pod żebra nożem. Miał niezwykle czuły węch, za co przeklinał matkę naturę. Naprawdę wolał nie czuć tego wszystkiego. Miasta były niesamowicie zasyfione, ubóstwo wyzierało z każdego kąta najbiedniejszych dzielnic, a bezdomni jak psy rzucali się na każdy ochłap rzucony przez litościwych ludzi.
            Dotarł w końcu – po ciężkiej przeprawie – pod bramę zajazdu. Śmierdziało tam niemiłosiernie starą rybą, alkoholem, tytoniem, spleśniałym jedzeniem i wszystkim co złe. Jego powonienie cierpiało w tej chwili, jak i każdej, kiedy wychodził na miasto i nie poruszał się po dzielnicach dla bogaczy. A to zdarzało się niezwykle rzadko, więc tylko takie aromaty mu pozostały.
            Kopnął żebraka, który zastawiał całe przejście, depcząc go jak niepotrzebnego i zawadzającego robaka. Tacy to najlepiej, gdyby zdechli, pomyślał zniesmaczony. Przynajmniej lepiej by pachniało. Nie, żeby nie był przyzwyczajony do takich widoków, w swoim krótkim, acz obfitym w przeróżne wydarzenia życiu, widział już niemal wszystko.
            - Daj panie kilka groszy – jęknął mężczyzna, jak okazało się po skrzeczącym głosie. Sehun splunął jedynie na tą kupę śmierdzących szmat, które jeszcze mówiły i przeszedł obok, spychając przy tym samym mężczyznę na bok. Został brutalnie wciśnięty w bramę, kuląc się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe. Długo nie pożyje. Chociaż… takie kreatury kurczowo trzymały się tej cieniutkiej nitki żywotności i każdy kolejny dzień był na wagę złota. A to złapie taki jakieś ochłapy przeznaczone dla psa, albo nie je dobrych kilka dni. Bo o jałmużnę było ciężko w tych trudnych czasach, kiedy ludzie skrzętnie chowali swoje mieszki ze złotem.
            Wszedł do obskurnej oberży. Od razu buchnęły na niego opary, aż cofnął się o krok. Gwar był niemiłosierny, a dookoła bełkotali pijani, przekrzykując się. Ktoś właśnie wymiotował w rogu sali, zupełnie nie przejmując się damami, które z podwiniętymi sukniami, przysypiały równie pijane na swoich miejscach. Jakiś młodzik cichaczem podszedł do jednej kobiet – średniego wieku, jak i urody – i zaczął ją obmacywać, korzystając z okazji, że nikt nie był nim zainteresowany, jak i sama molestowana, widocznie nie wiedziała co się dookoła niej dzieje. Grupka mężczyzn zamaszyście gestykulowała, przekrzykując się wzajemnie i omawiając jakieś kwestie polityczne.
Zaczął przepychać się przez tłum, godząc awanturników łokciami, gdy zaszła taka potrzeba. Gdy dopchał się do baru, walnął donośnie pięścią w blat, mając nadzieję, że usłyszy to właściciel. Na jego szczęście, akurat wychodził ze spiżarni. Otyły mężczyzna, o twarzy zarumienionej i nalanej, która błyszczała w świetle lamp, wydawała się jeszcze straszniejsza niż w rzeczywistości. Poplamiony fartuch, został pobrudzony jeszcze bardziej, gdy mężczyzna wytarł w niego tłuste plamy. Z trudem wykolebał się z wyjścia i z bezzębnym uśmiechem podszedł do Sehuna, widocznie radując się, że go widzi.
- Witaj stary przyjacielu – zaczął poufale na początek, wyciągając ramiona w geście wpadnięcia sobie w ramiona. Oh odsunął się zniesmaczony, patrząc niechętnie na pospólstwo, zgromadzone w spelunie.
- Wiesz, że ludzi jest tutaj o połowę za dużo – zauważył uprzejmie, z jego głosu jednak wyzierała groźba.
- Oh Sehun, sam wiesz, mam najlepsze wino w mieście – odparł wesoło – I dziewczynki pierwsza klasa – cmoknął, dotykając tłustych palców.
- Taaak – mruknął Sehun.
Nie wspominał o tym, że wino było co prawda najtańsze, ale czy najlepsze… Tu można byłoby się spierać, o ile ktoś lubi młode, kwaśne alkohole, z dodatkami. Nieczęsto się zdarzało by do piwa czy wina właściciel karczmy, dodawał składnika własnej roboty, moczu. Wolał jednak nie wiedzieć, w jakiej oberży stosowano takie praktyki. Nieprędko by się wtedy tam pokazał. W ogóle uważał, że takie zachowanie powinno być karane, no ale cóż, to było tylko jego prywatne zdanie
– Jeśli twoje dziewki wyglądają jak te tutaj – tego komentarza jednak nie mógł sobie oszczędzić, wskazał głową na jedną z prostytutek. Zmęczoną życiem kobietę, która z obfitym biustem – zwisającym teraz niemal do pępka – próbowała złapać jakiegoś naiwnego pijanego na wspólne igraszki. Skrzywił się myśląc, że ktoś taki miałby mu towarzyszyć całą noc – To jednak podziękuję, nie biorę byle czego. Powinieneś o tym wiedzieć, Olivierze – dodał, odwracając wzrok od nieciekawego widoku i patrząc na równie odstręczającego mężczyznę.
- Tak, tak – odpowiedział, wrednie się uśmiechając – Ty to lubisz to, na co cię aktualnie stać – powiedział wesół, zsuwając ręką na podłogę jedzenie, które pozostało na ladzie.
- Nie drwij ze mnie – powiedział ostrzegawczo, mrużąc niebezpiecznie oczy.
- Gdzieżbym śmiał! – zarzekł się Olivier, machając chaotycznie rękoma – Jednak mam rozumieć, że dalej nie masz dla mnie pieniędzy? – mruknął zrezygnowany.
- Olivier, przyjacielu – sparodiował mężczyznę – Przecież wiesz, że gdy tylko coś dostanę, oddam ci wszystko z nawiązką.
- Jakoś ten dzień jeszcze nie nadszedł – odpowiedział mężczyzna – I pewnie nie nadejdzie – westchnął.
- Przygotuj mi kąpiel – mruknął Sehun – Ten skwar jest nie do wytrzymania.
- Znowu? – zakrzyknął Olivier, wybałuszając oczy.
- To, że ty bierzesz kąpiel raz na pół roku, to nie znaczy, że i ja mam takie upodobania – skitował.
- Wszystko z oszczędności – wyjaśnił karczmarz – Bez burd mi tutaj! – zakrzyknął donośnym głosem, kiedy dwoje chłystków przystawało do siebie, z zamiarem bitki. Dał znak swoim dwóm pomocnikom, którzy natychmiast podskoczyli do skłóconych mężczyzn. Nie bawiąc się w uprzejmości, dwóch barczystych osiłków, złapało ich za karki i wyciągnęło z izby – Widzisz Sehun, co ja z tymi ludźmi mam? – jęknął, uskarżając się na swój los.
- Mnóstwo pieniędzy – mruknął zgodnie z prawdą Oh. Karczmarze byli chyba najlepiej ustawionymi osobami. Bo pił przecież każdy bez wyjątku.
- Pieniądze, pieniądze – zaczął zawodzić jeszcze bardziej Olivier, w Sehunie widocznie znajdując kompana do rozmowy. Znał go już długo i nie robił na nim wrażenia jego fach. Bał się, to oczywiste. Każdy odczuwał strach przed Inkwizycją, działającą potajemnie i posyłającą na stos miliony. Jednak przy nim mógł sobie pozwolić na odrobinę człowieczeństwa. Nie traktował go jak jedynie potwora. Chociaż, gdyby ktoś potrząsnął mu przed oczyma mieszkiem pełnym złotych, brzęczących monet, wydałby go bez wahania. Przyjaźń, tak. Tylko w granicach zdrowego rozsądku. Bezlitosna kalkulacja, co opłaca się bardziej – Pieniądze to nie wszystko – rzucił.
- Świetnie – odparł Sehun – W takim razie poczekał na swoją zapłatę. Za godzinę chcę mieć kąpiel – wspomniał kolejny raz – Przynieś mi coś do jedzenia. Tylko nie ten stary chleb – zastrzegł.
Olivier spochmurniał, słysząc, że nieprędko zostanie mu spłacony dług.
- Paniczyk Inkwizytor – mruknął niezadowolony mężczyzna. Mimo sympatii do Sehuna, uważał, że Inkwizytoria, to zbyt rozpieszczona grupa. Ciągle coś im nie pasowało i trudno było dogodzić. Uważali, że mogą pozwolić sobie na o wiele więcej, aniżeli cała reszta społeczeństwa. Cóż, w sumie mogli, jednak powód by ich nienawidzić, był dobry – Ahhh – zakrzyknął jeszcze na młodszego od siebie Sehuna – Ktoś przyniósł list do ciebie. Taki strasznie ohydny człowieczek – splunął na ziemię, jakby chcąc zapomnieć tą twarz.

Epizod II.

Z ulgą oddychał świeżym powietrzem. Wciągał przez nozdrza upajający zapach lasu. Mokrego lasu. Deszcz co prawda nie był pożądany, ponieważ noc spędzona pod gołym niebem, nie należała do najprzyjemniejszych. Mimo wszystko wolał to, niż smród miasta. Nawet jeśli był przemoknięty i zmarznięty, no i zaczynał kichać. Pogoda jednak dopisywała tego popołudnia, słońce świeciło, nie przesłonięte chmurami, zupełnie zapominając o ulewie, jaką zafundowała Sehunowi nocą. I droga o dziwo spokojnie mu przebiegała. Nikt, ani nic niespodziewanie go nie zaskoczyło. A było jasne, że samotny podróżny, mógł liczyć na towarzystwo, albo dzikich zwierząt, albo rzezimieszków, którzy chętnie dobraliby się do jego mieszka albo skóry dla samej zabawy.
List, który dostał, wprawił go w zaniepokojenie. Dostał zaproszenie do jednej z prefektur. Inkwizycja mimo, że trzymała się razem, była wobec siebie nieufna. Każdy trzymał się swoich terenów, a i w każdej prefekturze, obowiązywały dane zasady, charakterystyczne dla społeczności i nie godzące w nie aż tak bardzo. Nawet jeśli przejeżdżało się przez inny niż swój teren, lepiej było zatrzymać się w pobliskiej karczmie, niż zatrzymać się w murach oddziału Inkwizycji. Był oczywiście zwyczaj, że należało zameldować się u przełożonego i przywitać. Zamierzał i to zrobić, o ile w ogóle tam dotrze. Był pewien, że po drodze – a śmiał nawet twierdzić, że w wiosce pobliskiej, tuż przy głównym mieście, gdzie znajdowała się siedziba Inkwizycji – znajdzie odpowiedź, dla tego jakże tajemniczego listu. I podejrzewał o co może chodzić. Ktoś sobie nie radził z problemem. Kogoś jakaś mroczna sprawa przerastała. To nie mógł być jakiś nawiedzony czarnoksiężnik, bawiący się czarną magią. Ani czarownica, która powodowała, że krowy nie dawały mleka. Demon, albo coś pochodnego, jednak o równie silnej mocy, opętało jakąś małą mieścinę, siejąc pogrom wśród mieszkańców i ludzi, którzy powinni się tym zająć.
Oczywiście byli szkoleni przez kilka dobrych lat, by potrafić poradzić sobie z takimi przypadkami. Nie wszyscy posiadali jednak odpowiednie umiejętności. A i było często tak, że pomniejsze oddziały nie były tak biegłe w sztuce i pełniły rolę bardziej reprezentacyjną, aniżeli faktycznie coś robiły, albo zajmowali się jedynie mało znaczącymi przypadkami. Wiedział nawet dlaczego znajduje się teraz w trasie. Ostatnio miał małe spięcie z biskupem, misja mu powierzona nie została spełniona. To była kara. Czyli miał pewność, że cała sytuacja była poważna, cokolwiek to było.
Według map, już niebawem miał się znaleźć na miejscu. Był w drodze od dwóch dni. Dwóch trudnych i pełnych znoju dni, które spędzał albo na siodle, albo pod jakimś drzewem, śpiąc. Karczmy nie mógł się dopatrzyć żadnej. Minął dwie, albo trzy wioski, jednak tak małe, że nie zatrzymywał się na dłużej. Ludzie patrzyli na niego nieufnie, albo chowali się, gdy tylko zauważyli jakiegoś jeźdźca. I ściślej biorąc nie szukał na linii horyzontu kolejnych domostw. Doskonale wiedział, że jeśli spostrzeże coś nietradycyjnego, coś co znacznie będzie się wyróżniać od normalnego świata, czy zachowania, wtedy trafi dobrze.
I widział. A właściwie niewiele widział. Obrócił się do tyłu. Wszystko jaśniało, słońce przebijało się przez wysokie konary drzew. Natomiast przed nim wszystko pociągnięte było szarą farbą. Mgła tłoczyła się leniwie pod kopytami konia, którego dosiadał, starając się dotrzeć swoimi mackami jak najdalej, zabierając płonną radość i ciągnąć za sobą chłód. Jego rumak spiął się, starając się sam nawrócić swojego właściciela ku słońcu. Bał się.
- Ciiiii – pochylił się i pogłaskał konia po łbie uspokajająco. Nie chciał zlecieć z niego, przy najbliższej okazji, jak i zbyt bardzo kochał zwierzęta. Jedyna słabość, której nie potrafił sobie odmówić.
Oczy Sehuna zapłonęły niewidzialnym światłem. Był na miejscu. Serce zaczęło szybciej łomotać. Stanął na skraju, wiedząc, że wystarczy jeden krok, a pochłonie go w ten mroczny, ponury krajobraz. Mgła zatopi w nim swoje macki, nie pozwalając się uwolnić. Jego umysł szalał. Tysiące myśli przebiegały, nie potrafiąc przystopować, złożyć się w jedną historię. Mgła, przerażała go. Powodowała, że malutkie włoski na kręgosłupie stawały dęba, tak jak teraz jego koń. Nigdy się jeszcze tak nie bał. Podświadomość nakazywała ucieczkę. Ręce rwały się do chwycenia cugli i zawrócenia. Nie wracania tu nigdy więcej. Zawód Inkwizytora jednak zobowiązywał, a utracenie dumy nie było w cenie, tylko to się miało na tym plugawym świecie, mimo, że niewiele ta była warta. Spojrzał na ziemię. Albo miał omamy wzrokowe, albo szary kłąb, zdawał się oplatać przednie kopyta jego konia. Ten zaczął niespokojnie stąpać, jakby starał się zerwać kontakt. Mgła żyła. Miał wrażenie, że TO żyło. Jakby dookoła latały małe robaczki, które skaziły to miejsce. Wdzierały się w jego umysł, próbowały nim zawładnąć. Był jednak odporny, jak każdy jeden Inkwizytor. Chyba… był. Nieświadomie, coś potężnego pchnęło go do przodu. Kierując jego dłońmi, popędziło konia w głąb mgły. Był w połowie. Zdenerwowany obejrzał się do tyłu, gdzie promienie słoneczne traciły swój blask, jakby umierały. Zakrztusił się. Kaszel był głośny, coś zawadzało na płucach. Strach stał się jeszcze bardziej dotkliwszy. Spiął wszystkie mięśnie, oczekując niewidzianego przeciwnika. Jednak bardziej strzegł swojego umysłu, aniżeli ciała. Ktoś wdzierał się mu do środka, starając przejąć umysł. Otwierał szeroko oczy, starając się zwalczyć niesamowity ból głowy, który zaczął pulsować z tyłu czaszki. Powoli, najpierw malutkie ukłucie, chwilę potem, czuł jakby ktoś uderzał jego głową o mur. Zacisnął powieki, wiedząc że przegrywa. Nie przygotował się odpowiednio. Usta chciały zacząć formować słowa modlitwy, odpędzenia, te jednak nie chciały się otworzyć. Spojrzał w bok, zupełnie nie czując, że to on robi właśnie ten ruch. Zachłysnął się powietrzem po raz kolejny. Krzyczał. Podniósł głowę do góry, krzycząc pełnym bólu wrzaskiem. Rozsadzało mu czaszkę. Przegrywał… Przegrywał. Tylko nie wiedział z kim. Kto był na tyle silny, bo pokonać jego zdolności? Powieki same opadły, oddzielając od szarości i sprowadzając jeszcze bardziej przerażającą ciemność. Również na zmęczony umysł.
Jęknął przeciągle, obracając się na bok. Był zesztywniały i coś łupało go w krzyżu. Otworzył oczy, widząc nad sobą ciemne niebo. Raptem podniósł się do góry, starając przypomnieć, co tak właściwie się stało. Koń spokojnie skubał trawę o kolorze zgniłej zieleni. Podszedł do niego, klepiąc łagodnie po pysku. Miał dziwnie szkliste oczy, puste.
- No i dlaczego mnie zrzuciłeś? – skarcił zwierzę, podpierając się pod boki. Był głodny. Sięgnął po swoją torbę i wyciągnął z niej chleb. Skrzywił się czując jak twardy jest. A przecież odnawiał zapasy i wszystko nadawało się do zjedzenia – Masz – rzucił koniowi ochłapy i sięgnął po wodę. Pociągnął łyk z bukłaka i natychmiast wypluł wszystko z jękiem obrzydzenia – Co jest? – sapnął niezadowolony. Czyżby ta stara kobieta, która szykowała mu jedzenie, chciała go otruć? Był nawet o tyle miły, że jej zapłacił – Stara wiedźma – skwitował zdenerwowany. Wracając na pewno złoży jej ponowną wizytę.
Dalej czuł pewien dyskomfort. Ból głowy dawał się we znaki, pulsując co chwila i przypominając o sobie bezlitośnie. Zapomniał o czymś?
Przegrałeś.
Obrócił się gwałtownie, słysząc prześmiewczy ton tuż za sobą. Zmarszczył brwi, nikogo nie widząc. Tylko szarość. Ta mgła… Coś mu przypominała? Jakby… Mózg nie mógł sobie przypomnieć, o czym myślał przed upadkiem.
- Co za przeklęta pogoda. Zero słońca przez cały dzień – wyżalił się koniowi, wskakując na zwierzę – Marznę, moknę i to wszystko na chwałę Wielkiego Biskupa – mruknął rozżalony. Potrząsnął głową. Dalej miał wrażenie, że coś ominął. Że nie skupił się odpowiednio. Mgła, to tylko mgła. Nic więcej. Odrzucił niepokojące myśli, ruszając w dalszą drogę. Musiał znaleźć tą nieszczęsną wioskę. Chmury odejdą i znowu pokaże się słońce. Nie miałby nic przeciwko, miałby lepszy ogląd na okolicę. A tak miał przed sobą, tylko szarawą masę, która zniekształcała rzeczywistość. Zniekształcała, zastanowił się nad swoimi słowami. Czuł się mimo wszystko dziwnie, jakby go tu niebyło. Jakby nie uczestniczył w tej całej przeprawie. Jakby stał z boku i jedynie się przypatrywał. A przecież był tutaj. Rozmawiał z tym pieprzonym koniem i próbował zepsutej wody, prawda?

Epizod III.

Widział w swoim krótkim życiu już wiele. Trupy nie robiły na nim większego wrażenia. Były to tylko kupy mięsa, a gdy na nie trafiał znajdowały się w zaawansowanym stadium rozkładu, co nie było zbyt miłe dla jego czułego powonienia.
Coś go jednak potrafiło zaskoczyć. Świat mimo, że w całej swej naturze ponury i brzydki, tutaj wydawał się być jeszcze bardziej skażony. I to nawet nie przez tą gęstą mgłę. Wszystko umierało. Jakby dostępu do słońca nie pamiętali nawet najstarsi. Koń dreptał przez ścieżkę, która zdawała się być jedynie błotem. Jazda posuwała się przez to znacznie wolniej niżby tego chciał. Drzewa umierały. Suche konary zwisały smętnie, bez grama zielonych liści, strasząc zapewne przyjezdnych. To samo działo się z trawą, która gniła. Ziemia pokrywała się pleśnią, która była inna niż ta, którą dotychczas widywał.
W pewnym momencie zerwał się wiatr. Aż cofnęło go do tyłu, powiew był tak silny. Usłyszał tylko przeciągły jęk i próbował się rozejrzeć dookoła. Załzawione oczy jednak niewiele potrafiły dostrzec. W ułamku sekundy wszystko ucichło, tak samo jak się zaczęło. Poczuł natomiast nieprzyjemny zapach. Smród rozkładu. Skrzywił się, a koń naprężył, jakby wyczuwał niebezpieczeństwo. Złapał mocniej za cugle i pośpieszył zwierzę.
Niepokój przybrał na sile, gdy zaczął mijać martwe zwierzęta. Leżały bezwładnie, wpatrując się w północ. Tam, gdzie się kierował. Łatwo wytłumaczył sobie wcześniejszy odrzucający zapach. Co jednak nie zmieniało faktu, że to nie było tylko kilka sztuk padliny. Wyjechał zza zakrętu i z trudem powstrzymał jakąkolwiek reakcję zdziwienia. Trupy zwierząt były wszędzie. Nawet ptaki podzieliły los większych drapieżników.
Pomyślał sobie, że co musiało się tutaj stać do stu tysięcy diabłów, że wszelka zwierzyna padła. Czyżby zatruta woda? Może to było powodem, który rozpętał cała nagonkę, co do nawiedzonej wsi?
- Witaj panie – piskliwy, wystraszony chórek dobiegł jego uszu. Obrócił głowę w prawo i ujrzał chłopca i dziewuszkę, którzy wpatrywali się w niego przestraszeni. Nawet nie zauważył tych dzieci, a przecież miał doskonały wzrok.
Oni sami wyglądali normalnie, może nie licząc przestraszonych oczu, co jednak wydawało się być zrozumiałym. Widział jednak coś jeszcze, niezrozumiały dla niego tryumf.  Trzymali się kurczowo za ręce. Dawał im na oko z siedem, osiem lat.
- Daleko stąd do wioski? – zapytał ostro, prostując się w siodle, chcąc wywołać u maluchów respekt.
- Godzina drogi będzie – odezwał się chłopiec butnie, drapiąc się po brudnej twarzy.
Sehun puścił płazem, że nie użył odpowiedniej dla jego pozycji formy grzecznościowej.
- Co tu robicie dzieci? – zapytał ponownie – Taka ponura okolica – splunął, z niechęcią patrząc się w dal.
Chłopiec szturchnął dziewczynkę, a ta podskoczyła i zlękniona próbowała schować się za ramieniem podlotka.
- Wyszliśmy na spacer – wyjąkała dziewuszka, chowając dłonie za plecami, co nie uszło uwadze Sehuna – Pozbierać kwiaty dla  naszej matuli – wyszeptała tak, że ledwo usłyszał ostatnie  jej słowa.
- Kwiaty? – mruknął sceptycznie. Tylko głupiec nie zauważyłby, że zielonych roślin tutaj nie znajdzie. Dzieci kłamały. Jednak niedługo i tak dowie się prawdy. Szczególną uwagę zwrócił też na zachowanie brzdąców. Dziewczynka schowała dłoń za siebie, jednak zdążył zauważyć, że była ona cała w ziemi, a paznokcie były niemal zdarte – Jak się zwiecie?
- Ja jestem Matylda – cichutko odezwała się dziewczynka – A mój brat to Alex, panie.
Chociaż ona była dobrze wychowana. Chłopiec wydawał się być buntowniczym osobnikiem, patrzył na niego ciągle wrogo. Aż wydawało mu się to dziwne, że w takim malcu widział wręcz chęć mordu. Czy to może druzgoczące wydarzenia we wsi, tak na niego wpłynęły?
- Jesteście ze wsi? – zadał kolejne pytanie, uważnie obserwując rodzeństwo.
Ci skinęli głową.
            - Jesteście tacy mali, że zmieścicie się na koniu razem ze mną. Dziewczynko podejdź – machnął ręką w stronę dziecka, które ze strachem w oczach oderwało się od brata.
            Nic nie zamierzał zrobić temu dzieciakowi, Matylda jednak posyłała zrozpaczone spojrzenie bratu. Gdy dziewczynka podeszła, a Sehun chciał je podnieść, by posadzić na koniu, zwierzę stanęło dęba, próbując wyrwać się z trzymających cugli i popędzić jak najdalej.
            - Odsuń się – rozkazał tylko szybko dziewczynce, by ta nie została uszkodzona przez konia. Tego mu jeszcze brakowało, by poranił jakieś bachory.
Matylda odskoczyła tak niefortunnie, że upadła prosto w kałużę z głośnym plaskiem. I tak była dostatecznie brudna, że nie widział potrzeby przejmowania się jej wyglądem. Alex nawet nie zareagował z pomocą dla siostry. Zdążył jednak zauważyć, że to pyzate dziecko, o łagodnym acz przestraszonym spojrzeniu, nagle ukazało swoją inną twarz. Kilka sekund wręcz wykrzywionej w grymasie wściekłości małej twarzyczki, które boleśnie wyryły się w jego duszy. Poczuł ukłucie w sercu, jakby coś podpowiadało mu, że miłe dziecko może nie jest tym za kogo się podaje. Uczucie jednak jak szybko przyszło, tak minęło. Oh Sehun pomyślał tylko, że chyba mu się przewidziało. Takie urocze – a nieczęsto to mówił – pacholę nie mogło nawet zdawać sobie sprawy ze zła w tak czystej i intensywnej formie.
Uspokoił konia, który z trudem doszedł do siebie. Nie widział innego wyjścia, jak tylko iść na piechotę razem z rodzeństwem. Przeczuwał, że zwierzę zareaguje podobnie na Alexa. Zeskoczył na ziemię i spojrzał na dzieciaki.
- Wrócimy razem do wioski – powiedział tylko i poczekał aż Matylda zbierze się. Dziewczynka podeszła do brata i złapała go mocno za dłoń. Spojrzeli po sobie, dając znaki których nie potrafił odczytać.
Westchnął ciężko, po raz kolejny narzekając na swój nieszczęsny żywot. Teraz przyszło mu spacerować z jakimiś bachorami, które były co najmniej dziwne. Które z szemranych powodów wybyły z mieściny. Same. Tak daleko od domu. Cała sprawa śmierdziała mu na kilometr.
W trakcie nużącej drogi, którą pewnie pokonałby kilka razy szybciej, gdyby był sam, postanowił wypytać rodzeństwo. Za oprawę miał nieprzyjemny widok, który pogarszał się z każdym kolejnym metrem. Coś złego musiało zawładnąć tą okolicą. Słońca dalej nie widział, przesłonięte było gęstymi, szarymi chmurami.
- Słyszałem, że u was to jakieś dziwne rzeczy się dzieją. Ludzie znikają, potem wracają. Dziwni – zagadnął, udając że sprawa niewiele go interesuje. Ot tak dla podtrzymania rozmowy. Był jednak cały czas czujny, kodując co dzieci mają zamiar powiedzieć.
- Wcale nie – odpowiedział Alex – Ano jest daleko do drugiej wioski. Pewno dlatego jak już pójdą, to nie wracają długo.
Matylda pokiwała swoją główką, tak że włosy jeszcze bardziej się jej roztrzepały.
- A wieści o czarownicy?
- To taka stara babunia – pisnęła dziewczynka – Mieszka na skraju wsi. Plotki, wszystko plotki. Jest taka miła i spokojna. Pewnie nie dożyje zimy – westchnęła dziewczynka.
- Znasz ją dobrze? – przerzucił swoje zainteresowanie na Matyldę. Ta była widoczniej bardziej rozgadana niż brat, kiedy już zyskało się jej zaufanie. A to pierwszy krok, do straty czujności. Jednak co takie dzieciaki mogły wiedzieć o takich sztuczkach.
- Czasami przynoszę jej jedzenie. Trochę chleba – odpowiedziała dziewczynka – Leczy naszą matulę, daje jej zioła – dodała.
Oho, to informacja na którą powinien zwrócić uwagę. Wielu zielarzy parało się nie tylko uleczaniem, a i trucicielstwem. Chociaż to nadal nie wyjaśniałoby zaginięć i powrotów ludzi z wioski. Jak i podtruwanie innych nie należało do jego kompetencji. Chyba, że w grę wchodziła magia. W co jednak wątpił. Nie w takiej małej wioseczce, gdzie większość nawet czytać nie potrafi. A żeby tylko większość!
- Ah tak? – zainteresował się – Ktoś się na nią skarżył?
- Starsi powiadają, że czarownica. Ale to chyba zazdrość – odpowiedział za siostrę Alex – Jednak może to i wiedźma. Ten dziwny chłopak zawsze się koło niej kręci, prawda?
- Dziwny? – powtarzał słowa rodzeństwa, by tym bardziej popędzić ich do rozprawiania.
- Nazywa się Luhan – tym razem odpowiedziała Matylda z niebywałą jak dla niej ostrością w głosie, kiedy wymawiała imię nieznajomego chłopaka – Jest taki ładny, zupełnie nie podobny do ludzi z wioski – westchnęła, zmieniając zupełnie ton swojej wypowiedzi. Jakby chciała ukryć prawdziwe emocje.
- Mieszka tutaj od zawsze?
- Odkąd pamiętam – odpowiedziała dziewczynka – Już prawie jesteśmy – wskazała palcem w stronę oddalonych domostw – Widzisz, panie?
Spojrzał w stronę, którą wskazywała dziewczynka. Nie myliła się. Widział wyżej postawione strzechy chałup, gdzie dym z kominów zlewał się z zielonawą mgłą, która wisiała niebezpiecznie nad wioską. Tak, już mógł zaczynać się obawiać, że sprawa nie będzie tak prosta jak mu się wydawało. Miał nadzieję, że spotka chociaż jednego ze swoich.
Resztę podróży odbyli w milczeniu. Sehun marzył o ciepłej i w miarę zjadliwej strawie. Łóżku, które nie będzie pełne pcheł. Potrzebował minimalnych warunków, przecież nie miał zbyt wygórowanych wymagań, jak i nie liczył na królewskie traktowanie w tak małej mieścinie. Nawet jeśli powoła się na urząd inkwizytorski.
Wydawało się, że wioska odgrodzona jest płotem, który swoje lata świetności przeżywał jakieś kilka stuleci temu. Takie przynajmniej odniósł wrażenie wkraczając do niej, czując jednocześnie wielkie przygnębienie. Coś stanęło mu na sercu, poczuł niebywały ciężar. Przy jednej ze sztachet leżał pies. Zakpił w duchu, że to obrońca, jednak psina wydawała się być mało zainteresowana nowo przybyłym. Ostentacyjnie spojrzał na Sehuna zmęczonym wzrokiem, po czym opuścił pysk, ponownie zagłębiając się w drzemkę.
Sama wioska wydawała się opustoszała. Z każdym kolejnym krokiem, uczucie ponurości wzmacniało się. Podupadające chaty na pewno były zagrożeniem dla bezpieczeństwa. Wszędzie panowała wilgoć i zapach stęchlizny. Skrzywił się. To rzeczywiście nie będzie łatwe zadanie.
- Gdzie tutaj mieszka wójt? – zapytał rodzeństwo, które trzymało się teraz na uboczu.
- Zaraz obok nas, panie – odezwała się Matylda cichutko – Ale pewnie go tam teraz nie będzie.
- Gdzie go zastanę w takim razie? – zapytał zniecierpliwiony.
- Oberża jest na samym środku wioski. Koło ołtarza Najświętszej Panienki. Panie, możemy już iść do domu? Matula na nas czeka – wyjaśniło dziecko.
- Kwiaty, tak? Idźcie – rozkazał, nie ukazując ni miny zdziwienia. To, że rodzeństwo nie miało ze sobą żadnych kwiatów, o tym nie wspominał. Na razie. I tak wiedział, że dzieci kłamią – Poradzę sobie.
Jakiś hałas zwrócił jego uwagę i obrócił głowę w prawą stronę, nasłuchując uważnie. Prawie na pewno słyszał kilka głosów w zaułku za kilkoma domami przed nim. Spojrzał w stronę dzieci, by poinformować, że będzie chciał z nimi jeszcze rozmawiać, ze zdziwieniem jednak stwierdził, że rodzeństwo znikło. Nawet nie usłyszał jak dzieci odchodzą.
Teraz jednak skupił się tylko na dźwięku, który go zaabsorbował. Był niemal pewny, że to jakaś bitka. Może nie w taki sposób chciał poznać mieszkańców tej wsi, jednak był zmuszony zainterweniować, skoro już się tutaj znalazł. Ot poczucie dobrze spełnionego obowiązku, z racji swojej profesji, w której pomaga ludziom. Nawet jeśli ci nie bardzo chcą być paleni na stosie. Jak i uważał to za możliwość odzyskania długu w odpowiednim momencie.
Wskoczył na konia, bo to zawsze dodaje osobie animuszu i popędził zwierzę w stronę grupy. Tak jak myślał. Grupka młodzieży, bo chłystkowie mieli góra dwadzieścia lat, stała w zwartym kółku i widocznie napastowała jakiegoś chłopaka, obrzucając go bagatela błotem. Uznał, że to widocznie jedyne na co mogą sobie pozwolić, mając tak okrojone warunki do bitki. Wychodził jednak z założenia, że dla chcącego nic trudnego. Czyli mimo widocznego naskakiwania na bezbronnego młodzieńca, bali się albo jego, albo osoby stojącej wyżej.
- Hola, hola – zakrzyknął donośnym głosem Sehun, próbując zwrócić na siebie uwagę. Dla wzmocnienia dramatyczności, pociągnął za cugle, przez co koń parsknął, podnosząc lekko przednie kopyta – Co tu się dzieje? – zakrzyknął udając wściekłość.
Chuligani poderwali się, patrząc przestraszonymi spojrzeniami na Sehuna. Skłębili się w kupce, jeden kryjąc się za plecami drugiego. Na razie nie zwracał uwagi na poszkodowanego. Nim zajmie się później. Licząc na jego wdzięczność oczywiście.
- Kto będzie taki odważny i ze mną porozmawia, co? – zapytał srogo, tak samo patrząc na grupkę młodzieniaszków – Dlaczego znęcacie się nad słabszym? Proponowałbym bitkę jeden na jednego, a nie!
- Wielmożny panie – widocznie najbardziej odważny i chyba najszpetniejszy postąpił krok do przodu, zdejmując zabłoconą czapkę i zamachując się tak, że przedmiot wcale nie zrobił się czystszy. Co również można było powiedzieć o właścicielu – To jest śmieć i nasza wioska, możemy robić com nam się podoba – odparł z wrednym uśmieszkiem, spluwając na chłopaka, który właśnie się podnosił.
Sehun również się uśmiechnął i pełen satysfakcji zeskoczył z konia. Zabawa rozpoczynała się dla niego. Podszedł do odważnego, górując nad nim znacznie i patrząc zimnym wzrokiem.
- Możesz być pewien, że teraz wasza wieś – a wymówił to słowo z wielką pogardą – będzie pod moją kontrolą. I to ja będę mógł nazywać kogokolwiek śmieciem – powiedział spokojnie.
Grupa niespokojnie poruszyła się, chcąc widocznie ostro zaprotestować.
- Co ty sobie możesz bogaczu? – zakrzyknął mężczyzna.
Sehun nawet nie zareagował na podniesiony głos chłopaka.
- To bardzo nierozważne z twojej strony, że podnosisz głos na oficjela Inkwizycji – z zadowoleniem obserwował miny swoich towarzyszy, które robiły się bledsze. A członki zaczynały drżeć.
Zupełnie nie rozumiał dlaczego ludzie się go boją. Przecież był takim spokojnym i litościwym człowiekiem.
- Paa-aa-nie… - wyjąkał przywódca grupki, postępując krok do tyłu i dygając co sekundę.
- I do tego na tyle odważny, że śmie mi przerywać, oho! – Sehun podniósł głos – Jak się nazywasz? – spytał młodzieniaszka.
- Rup-pert – wydukał.
- Świetnie Rupercie, możesz być pewien, że jako pierwszy ochotnik stawisz się, kiedy zacznę przesłuchania. A teraz won mi stąd! – machnął ręką poirytowany.
Grupka, nie czekając na swojego prowodyra, czmychnęła szybko. Rupert zanim zniknął mu sprzed oczu, potknął się jeszcze, lądując twarzą w błocie. Z trudem powstrzymał śmiech, pozwolił sobie jednak na skrzywioną minę.
Gdy ci zniknęli, spojrzał na napadniętego. Chłopak był drobny i próbował wyczesać piach z włosów, które były jasnozłote, co zdziwiło go niezmiernie. Panny dałby zabić, by móc się tak wyróżniać. Wszyscy mieli raczej kruczoczarne kosmyki, a tu taki dziw dane mu było zobaczyć.
- Dziękuję panie – mruknął chłopak i chciał się widocznie oddalić.
- Stój – rozkazał i podszedł do blondyna – Spójrz na mnie.
Chłopak miał spojrzenie ciągle wbite w swoje buty. Gdy podniósł głowę, Sehun ujrzał bystry wzrok. Inteligentny i zaciekawiony. Czystszy nawet od spojrzeń dzieciaków, które mu towarzyszyły. Dziwne.
- Jak się nazywasz? I dlaczego robisz za worek z ziemniakami do kopania? – zapytał Sehun.
- Luhan – krótko odparł chłopak – Uważają mnie za gorszego, po prostu – wzruszył ramionami – Inkwizytor? Kolejny?
Czuł teraz na sobie badawcze spojrzenie blondyna. Wyprostował się, nadając sylwetce poważności.
- Któryś z moich braci tutaj stacjonuje? – zapytał poważnie. Miałby o wiele bardziej ułatwione zadanie, ktoś by go wprowadził dokładnie w całą sprawę. Dowiadywanie się wszystkiego od tępej gawiedzi i plotkujących kumoszek, nie było szczytem jego marzeń.
Chłopak uśmiechnął się krzywo, jak i małym smutkiem.
- Wyjechali… - Luhan coś ukrywał – Jednak bywali w parach. Nigdy sami – dodał głucho, zamyślając się – I ty wyjedziesz i nic nie zrobisz.
- Już chyba wiem, dlaczego jesteś dręczony – mało kto ośmielał mówić mu bez formy grzecznościowej, szczególnie gdy ludzie dowiadywali się kim jest – Wyjadę czy zniknę? Żaden z moich kompanów nie pojawił się w swojej placówce.
Chłopak zbliżył się do Sehuna i uważnie spojrzał na jego twarz.
- Ty też znikniesz – powiedział poważnie, z dozą smutku – Wszyscy jesteście słabi – westchnął – Oni też. Teraz wszyscy się kłócą pewnie – stwierdził smętnie.
Chłopak wiedział i to sporo. Teraz tylko musiał wszystko z niego wyciągnąć.
- Chyba masz sporo do powiedzenia w tej sprawie.
- Nie wydaje mi się – mruknął blondyn.
- Wiesz co mi się wydaje? – powiedział spokojnie, jednak w głosie pobrzmiewała groźba – Że jeśli nie powiesz mi tego na spokojnie i tak się dowiem. Tylko będzie mniej przyjemnie – aż szkoda mu byłoby zniszczyć tą twarz swoimi narzędziami. Jednak jeśli byłby do tego zmuszony, no cóż, służba nie drużba.
- Twoi kamraci również straszyli i wystraszyli. Spalili trzy osoby. Niewinne osoby – podkreślił.
- To nie tobie oceniać, czy były niewinne – odparł Sehun z pokorą – Zło kryje się w najspokojniejszej osobie – wiedział o tym doskonale. Miał w końcu doświadczenie.
- To prawda – Luhan skinął głową – Tylko, że oni nie kierowali się zdrowym rozsądkiem. Chciałbym byś chociaż ty był odrobinę silny. Byś to pokonał. Byś nam pomógł – wyszeptał chłopak.
Zaniepokoił się. Czyżby ten chłystek sugerował, że dał się czemuś omamić? Do tego nie mogło dojść. Zapalczywa wiara trzymała jego umysł w ryzach. Był odporny.
- Pokonał co? – ponaglił Luhana. Ta zagadkowość go denerwowała. Był opanowanym, spokojnym człowiekiem, który z zimną krwią wykonywał co do niego należało.
Ten chłopak jednak irytował go. Był zupełnie inny od ludzi, których znał. Których przesłuchiwał. Rozpraszał się przy nim. Czy to może prze jego urodę? Rzeczywiście była ona nietypowa. Chłopak był piękny i gdyby był jakimś duchownym, czy arystokratą, który nie stroniłby od młodzieniaszków, pewnie by się nim zainteresował. Jednak zdecydowanie wolał kobiety, to one dawały mu szczęście. Potrząsnął głową, wyrzucając swoje wywody na temat upodobań. Czas nie był odpowiedni na takie rozprawy.
- Gdybym tylko wiedział. Wątpię, byś dowiedział się czegoś od tych ludzi. Nie powiedzą prawdy, albo jak to można powiedzieć, nie będą świadomi tego, że kłamią. I znowu się zacznie, skoro przybyłeś – Luhan powiedział bardziej do siebie – Jednak i tak lubicie zabijać ludzi, więc co tam śmierć kolejnej – wzruszył ramionami.
- I kto to będzie tym razem?
- Nie wiem. Może ja. Może moja opiekunka. Dobrze, gdybyś to zakończył – powiedział poważnie.
- Nie jesteś zbyt gadatliwy – pokręcił głową Sehun – Chcę trafić do karczmy. Macie tu coś takiego?
- Tak, ale nie zaprowadzę cię. Nie chcę się tam pokazywać – mruknął chłopak.
Zacisnął zęby i skinął głową. Cała sprawa podobała mu się coraz mniej. Skąd ten chłopak wiedział, że Inkwizytorzy zniknęli? I dlaczego mówił wyszukanym językiem. Tutaj, prawie na pustkowiu wśród plebsu.




11 komentarzy:

  1. Szczerze mówiąc nie lubie takiego stylu w fanfickach. Co ja mówie... Nienawidze go i nie akceptuje. I przepełniony doświadczeniem nigdy nie czytam tego typu opowiadań. Nigdy. Cóż... Gdy wszedłem na ten blog ( po tym jak zauważyłem, że napisałaś kolejne opoko i w dodatku tak wcześnie) i przeczytałem twój wstęp byłem... lekko zły i zniesmaczony. No ale pomyślałem, że skoro to twoje opowiadanie to SPRÓBUJE je przeczytać. No i zacząłem próbować... Owe próby skończyły się tym, że przeczytałem je całe iii chce więcej. Coś niesamowitego. Bardzo fajne, genialne. Świetna historia, fantastycznie napisana. A ta akacja... To tak jakbym czytał jedną ze swoich ulubionych książek fantasy i do tego w owych książek występuje HunHan. Naprawdę kolejne opowiadanie w którym dałaś z siebie wszystko i które wyszło wystrzałowo. Naprawdę jak nienawidzę tego typu opowiadań to to uwielbiam. Dziękuję za nie.
    Zero_

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi opowiadanie bardzo się podoba. Nigdy nie czytałam nic z takiego stylu ale to jest dobre. Czekam z niecierpliwością. /Jiyeon

    OdpowiedzUsuń
  3. Wybacz ale niezbyt lubie tego typu opowiadania. Jednak napisałaś to bardzo dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerzę mówiąc na początku troszkę źle mi się czytało. Jednak z każdym kolejnym zdaniem wciągałam się coraz bardziej, aż początkowy problem zniknął. W momencie, w którym opisywałaś miejsce gdzie znalazł się Sehun.. może przez mgłę.. przez to, że podróżował z koniem.. To porównało mi się do "Niekończąca się opowieść" czego od razu mówię nie uważam za złe :D Podsumowując bardzo .. BARDZO lubię twoje opowiadania bez względu na to w jaki sposób je napiszesz, więc pozostało mi czekać na kolejną część jak i inne opowiadania do których życzę weny :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się naprawdę ciekawie. Uwielbiam klimaty rodem z średniowiecza <3 Sehun jako członek Inkwizycji, Luhan- póki co nie wiadomo, kto xD Ale coś czuję, że Lu nie jest zwykłym wieśniakiem *w* Jestem też ciekawa, z kim Sehun przegrał. Przez chwilę myślałam, że z Lulu (to przez ten obrazek na początku xD).
    Styl dobrze dobrany do opowiadania. Opisy sprawiały, że potrafiłam sobie to wszystko wyobrazić, choć nie zawsze chciałam xD Ale to wielki dla ciebie plus.
    Sorry za komentarz bez ładu i składu, ale obecnie walczę z blokadą twórczą, która jak na złość dopadła mnie, kiedy mam mnóstwo ffów do napisania xd
    Pozdrawiam i hwaiting, moja droga <3

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja bardzo lubię taki styl. Świetne :)!

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    muszę powiedzieć, że to wyszło Tobie wystrzałowo... ciekawią mnie bardzo te dzieci jakie spotkał na swojej drodze....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj! ;)
    Zaskoczyłaś mnie gatunkiem tego ficka, ale jak najbardziej pozytywnie. I cieszę się niezmiernie, że zdecydowałaś się coś takiego napisać. Bo w takich historiach można w sumie napisać wszystko, ruszyć wyobraźnią w każde możliwe miejsce i nikt nie zacznie gadać o "realności". Ciężko jest również coś przewidzieć, co jest jak dla mnie wielkim plusem. Mrocznie, tajemniczo, magicznie i w dodatku niesamowicie napisane, ale po Tobie czego innego się spodziewać, jak kolejnego świetnego dzieła. Już na początku byłam pod wrażeniem języka, jakim się tutaj posługujesz. Robisz to tak lekko, jakbyś mówiła tak na co dzień ;D Chyba musiałaś się sporo oczytać, bo wyszło genialnie. Przedstawiłaś nam wiele spraw, których w sumie wyjaśnienia nie da się od razu odgadnąć. Hm... moją uwagę zdecydowanie przyciągnęły te dzieciaki. Wyglądały na bardzo dobrze poinformowane, co do dziwnych zdarzeń. Z każdym ich zaprzeczeniem, utwierdzałam się w przekonaniu, że powtarzane przez Sehuna plotki o miejscu, w którym się znalazł, są prawdą. Zachowywały się ekstremalnie dziwnie, na jego miejscu bym się wystraszyła. Uch, ale to przecież Inkwizytor, widywał bardziej przerażające rzeczy.
    Biedny Luhan jest popychadłem, ciężko mi się o tym czytało, nawiasem mówiąc, samo wyobrażenie sytuacji sprawiało , że się krzywiłam. To, co mówił o poprzednich Inkwizytorach trochę mnie zdziwiło. Co takiego może skrywać w sobie ta wioska, że tamci nie podołali? Ciekawe czy powiedzie się Sehunowi. Może z małą pomocą Luhana właśnie... Zabawne, jak ludzie reagują na słowo "Inkwizytor". W sumie nic dziwnego, po tym jak pokazałaś nam jak wysoko postawiony jest w hierarchii. Okej, tak troszkę odbiegając od tematu tego ficka, to chciałam Cię przeprosić za to, że do tej pory nie zostawiłam u Ciebie komentarza, choć przeczytałam już kilka Twoich historii. Po prostu zazwyczaj czytam na telefonie, przez co nie mam jak skomentować, a później wypada mi z głowy, że miałam zamiar coś napisać. Dlatego chciałam dodać, że zakochałam się po uszy w Blind. To był jeden z pierwszych k-ficków jakie czytałam i w sumie dzięki Tobie się do nich przekonałam. Nie potrafię teraz przekazać wszystkich emocji i myśli, które mi towarzyszyły podczas czytania, ale wiem, że z każdym kolejnym rozdziałem wciągałaś mnie coraz bardziej, przez co byłam gotowa zarwać nockę, żeby tylko doczytać do końca. Później przeniosłam się trochę w czasie i zabrałam się za 'Bo każdy potrzebuje miłości'. Tu już byłam w niebie, tyle rozdziałów i każdy równie fantastyczny. Nic tylko siedzieć z nosem w telefonie i czytać. Pamiętam, że myślałam o tym jakie to wspaniałe, że wszystkie Twoje historie tak bardzo się od siebie różnią, porównując chociażby te dwie wyżej wymienione. Każda ma to coś. Okej, wybacz mi to ględzenie (i lekką chaotyczność), po prostu poczułam potrzebę napisania Ci jak świetna jesteś. Dodam tylko, że z niecierpliwością czekam na dwójkę Hunhana. I bardzo cieszę się z tego, że zostało mi jeszcze tyle Twoich wspaniałych ficków do przeczytania. Tym razem na pewno nie obejdzie się bez komentarza, kiedy w końcu przełamałam pierwsze lody.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo, dużo weny :3
    @_martis17 ( phoenix-ff.blogspot.com )

    OdpowiedzUsuń
  9. Oczarowało mnie to opowiadanie :o Jest napisane w taki lekki i płynny sposób, że po prostu człowiek nie może się od niego oderwać! Podoba mi się Twój styl i mimo, że trafiłam na Twojego bloga przez przypadek, myślę, że zajrzę tu jeszcze nie jeden raz, bo czytanie takich prac jest czystą przyjemnością :)

    ~ Martyna (zycie-gabriela.blogspot.com - zapraszam)

    OdpowiedzUsuń
  10. Chociaż opowiadanie zostało dodane dawno, przeczytałam dopiero dziś. Czekam aż zakończysz i będę mogła przeczytać całe :D
    Z początku opowiadanie nie zbyt mnie wciągało. Z winy tego, że nie przepadam za średniowieczem. Oraz dużej ilości opisów. Mimo to przeczytałam i jestem cholernie ciekawa co wydarzy się dalej *-*
    Pozdrawiam, Nottek.

    OdpowiedzUsuń
  11. Czytam pierwszy akapit. Zastanawiam sie czy on jest księdzem a tu bum... Inkwizytor 0.0 <--- (tak wyglądała moja mina)

    OdpowiedzUsuń